środa, 21 grudnia 2011

Your Movie Sucks! - "Coś"

Z lekkim opóźnieniem, ale jest - rozmowa o "Czymś", którą przeprowadziłem z Piotrkiem Plucińskim, krytykiem filmowym i dziennikarzem, autorem znakomitego bloga Off the Record. A w piątek zamieszczę na blogu swoją dziesiątkę najlepszych filmów 2011 roku.


BC: Czy bardzo się pomylę, jeśli powiem, że "Coś" podobało Ci się głównie ze względu na nawiązania do pierwowzoru?

PP: Nie ukrywam, ostatnie sceny - ewidentnie nawiązujące do filmu Carpentera - zaważyły na mojej ocenie. Pomyślałem sobie wtedy: średnio im ta nowa wersja wyszła, ale oryginału nie zepsuli. Słowem, możemy przybić piątkę.

BC: Średnio? Powiedziałbym raczej, że wyszło marnie, a gdybym nie widział wcześniej wersji z 82', to nie wiem, czy obejrzałbym ten film do końca. Kierowała mną głównie ciekawość, ile w tym będzie Carpentera i oryginalnego "Czegoś".

PP: Wydaje mi się, że zbyt wiele jest wokół złego kina gatunkowego, by zaliczyć doń także film Heijningena. To przyzwoicie zrealizowany horror, który - właśnie przez powinowactwo z wersją Carpentera - nie miał raczej szans pokazać się z jakiejś zaskakującej strony. I jeśli patrzeć na nowe "Coś" z tej perspektywy, tym bardziej należy je docenić. Naprawdę zakładałeś, że prequel będzie w stanie mierzyć się z oryginałem na jakiejkolwiek płaszczyźnie?

BC: Nie, absolutnie nie - "Coś" Carpentera to jedna z najlepszych rzeczy, jakie przydarzyły się gatunkowi. Specjalnie nie odświeżałem sobie tego filmu przed seansem, aby nie zaburzyło to mojego odbioru. I uważam, że prequel jako samodzielne dzieło nie prezentuje sobą absolutnie nic ciekawego, jest zrealizowany siermiężnie, pełen scenariuszowych durnot, a to, co w nim dobrego, to kalka z oryginału. Po co było w ogóle zawracać głowę sobie i nam? Nie widzę celowości tego filmu, bo wytłumaczenie, że na bezrybiu i rak ryba mnie nie satysfakcjonuje.

PP: Przecież znasz podstawową zasadę tej branży - kura, która zniosła złote jajo, musi znieść ich jeszcze kilka. Poza tym nie mów, że nie czekałeś na ten film, że nie byłeś ciekaw, co też wymyślili. O to właśnie chodzi, że to nie jest, jak mówisz, samodzielne dzieło. To film w pełni zależny od pierwowzoru. Nazwij to masochizmem, ale ja osobiście lubię wszystkie te przyszywane sequele, prequele i spin offy znanych hitów. Zazwyczaj są mało satysfakcjonujące, ale to powrót do sprawdzonych miejsc, wydarzeń, często też postaci. Ty tego nie lubisz?

BC: Byłbym ostatnim, który skreśla sequel, remake czy cholera wie co jednego ze swoich ulubionych filmów, więc pewnie, że czekałem, bo wyznaję zasadę, iż nawet jeśli coś nie wypali, to i tak mam swój kochany oryginał, więc to win-win situation. Z nowym "Czymś" miałem natomiast problem, bo nie wiedziałem do końca, co oglądam, brak tam było jakiejś samoświadomości. Niby prequel, lecz remake, ale pies (!) z etykietkami - rzadko kiedy mielizny fabularne psują mi zabawę, bo potrafię zawiesić niewiarę i niemal bezkrytycznie łykam nawet kosmiczne bzdury, lecz w "Czymś" twórcy przeszli samych siebie. Dotarło do mnie, że najpewniej zacząłem zauważać absurdy dlatego, iż cała reszta nie potrafiła ich zamaskować. Próżno tam szukać grozy, klimatu, czegokolwiek. Nawet sceny akcji są koszmarne!

PP: Efekty CGI są nędzne, zgoda. Atmosfera już nie ta. Brakuje też psychologicznego napięcia. Ale i tak wydaje mi się, że po prostu za bardzo lubisz oryginał i starasz się równać wersję Heijningena do tamtej perfekcji. Naprawdę nic Ci się nie podobało?

BC: Myślę, myślę i... chyba nic! Albo czekaj, świetny był napis THE THING, który wypłynął na ekran, przez chwilę liczyłem na old school. Poza tym marność nad marnościami. No i muszę zaznaczyć, że nie jestem jednym z tych, którzy są zapatrzeni w oryginalne wersje i przez ich pryzmat patrzą na przeróbki, wręcz uwielbiam wariacje na temat, lecz "Coś" to jednak marna namiastka, produkt odtwórczy.

PP: Chciałbym się z tym kłócić, ale chyba nie potrafię. I tak uważam, że jesteś zbyt surowy, bo na co dzień w kinach puszczają gorsze śmieci, lecz... Staram się sobie przypomnieć jakiś charakterystyczny motyw z wersji Heijningena i... Nic, pustka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga