poniedziałek, 12 grudnia 2011

Tydzień w kinie - "Sylwester...", "Moneyball", "Generał", "Reset", "Wilk".

Kolejny tydzień, kolejne recenzje. Proszę się nie zdziwić, że korzystam z kilku różnych skal ocen - uzależniona jest bowiem od medium, w którym tekst został opublikowany. No to zaczynamy.


Sylwester w Nowym Jorku (2/6)

Pamiętacie „Walentynki” sprzed dwóch lat? To widzieliście już i „Sylwestra w Nowym Jorku”. Mozaika króciutkich, przenikających się ze sobą scenek z udziałem gwiazd pierwszego, drugiego i trzeciego formatu może i przykuwa oko, ale jedynie na chwilę, bowiem ta kolorowa układanka to zbiór powtarzanych po stokroć komunałów o wielu obliczach miłości i odtwarzanych wciąż na nowo, do znudzenia, komediowych chwytów.

Całość w styczniowym numerze miesięcznika "Film".


Moneyball (3/5)

"Moneyball" to film istotny, który obrazuje pewien kierunek, coraz wyraźniej widoczny w tamtejszym kinie – chęć do polemiki z odwiecznymi amerykańskimi wartościami. To film nie o sporcie, ale o walce dwóch postaw, tutaj komputer i ekonomista, który nigdy w życiu nie grał w bejsbol, okazują się bardziej efektywni od rzeszy specjalistów. "Moneyball" dokonuje pewnego przewartościowania, rejestruje ważną zmianę, która dokonała się w amerykańskiej mentalności. Miller powstrzymuje się jednak od hurraoptymizmu, raczej stawia pytanie o sens i znaczenie rzeczonej zmiany, nie udzielając jednoznacznej odpowiedzi.



Generał (5/5)

Buster Keaton mawiał, że "Generał" to jego opus magnum, lecz musiało minąć kilkadziesiąt lat, zanim jego zdanie podzieliła krytyka i widzowie. Obraz ten poniósł w swoim czasie sromotną klęskę finansową i prestiżową. Przyczyn porażki można doszukać się wielu. Zarzucano "Generałowi" na przykład rozpięcie filmu pomiędzy komedią a kinem przygodowym, co dzisiaj poczytujemy za zaletę. Szczególnie, że Keaton znakomicie wyważył swój film dramaturgicznie. Nadal ogląda się go z zapartym tchem i podziwem dla reżyserskiego i aktorskiego kunsztu tego nieprzeciętnego artysty o kamiennej twarzy.

Całość na stronie "Dziennika".

Reset (6+/10)

Mężczyzna uwięziony w zniszczonym, rozbitym po wypadku aucie ma połamaną nogę, jest przygnieciony kilogramami metalu, szkła i plastiku. Nie pamięta nawet, kim jest ani jak się tam znalazł. Na tylnym siedzeniu spoczywa trup, a w zasięgu wzroku tylko gęsty las, ni żywego ducha. Można zdzierać gardło i wołać o pomoc, lecz rozpacz i krzyk przyciągają jedynie majaki i omamy. Tak właśnie wygląda koszmar na jawie głównego (i jedynego) bohatera "Resetu". Film ten jest nieco ponad osiemdziesięciominutowym wycinkiem z wielodniowych zmagań człowieka zmuszonego walczyć o życie z nieprzejednaną naturą oraz własnym, tak przecież niedoskonałym ciałem i płatającym figle umysłem. 

Podobnych filmów było już wiele – chociażby zrealizowane w przeciągu ostatniego roku "Pogrzebany" i "Frozen" – ale fascynują nieodmiennie, gdyż pokazują pewną całkiem prawdopodobną sytuację ekstremalną i, ograniczając filmową przestrzeń i zawężając obsadę aktorską często do jednego tylko wykonawcy, zręcznie manipulują widzem, każąc mu w pełni zidentyfikować się z oglądaną postacią. W "Resecie" jest to o tyle łatwe, że cierpiący na amnezję mężczyzna, odgrywany brawurowo przez Adriena Brody'ego, nie jest obciążony żadnym bagażem przeszłości, może być dosłownie każdym.

Całość w portalu Onet.pl.


Wilk (7-/10)

Do niedawna szwedzkie prawo nie zezwalało na zabicie będącego pod ścisłą ochroną wilka nawet w okolicznościach wyjątkowych. Dzisiaj uciążliwe dla farmerów przepisy nieco złagodniały, ale jeszcze kilka lat temu broniących swoich stad hodowców tropiono niczym wyrachowanych kryminalistów.

Oczywiście istnieje też druga strona medalu, bowiem dochodziło do sporych nadużyć ze strony ludzi skorych do chwytania za strzelbę pod byle pretekstem, a przecież wilk w Skandynawii to nadal gatunek zagrożony. Film Daniela Alfredsona niewiele ma jednak wspólnego z publicystyką czy też próbą polemiki ze szwedzką legislacją, bowiem wzbrania się od jednoznacznej oceny którejkolwiek ze stron, wykazując zrozumienie dla obu. Bo jest "Wilk" w pewnym sensie opowieścią o niemożności pogodzenia racji sprzecznych stron – miasta i wsi – kierujących się odmiennymi zasadami, które nie mają żadnych punktów stycznych. Reguł z jednego środowiska nie da się przeszczepić na grunt drugiego, dochodzi więc do sytuacji z naszego punktu widzenia kuriozalnej. Punktem zapalnym dla filmowej intrygi jest zabicie napastliwego wilka przez dwójkę głównych bohaterów – opiekujących się stadem reniferów Klemensa i młodego Nejla. Rozpoczyna się policyjne dochodzenie przypominające swoją pieczołowitością te z detektywistycznych seriali.

Całość w portalu Onet.pl.

5 komentarzy:

  1. Tylko 3/5 dla "Moneyball"? ;). Jak dla mnie jeden z ciekawszych filmów roku, choć o baseballu nie wiem absolutnie nic. Sorkin w ogóle ma talent do tego, żeby za pomocą dialogów, smaczków, niuansów wycisnąć z pozornie nieciekawego tematu, ile się tylko da (to samo zrobił przy przecież "Social Network").

    Swoją drogą - szacun za 5 recenzji w jednym tygodniu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Miałem straszny problem z oceną tego filmu, dlatego nie lubię korzystać z systemu gwiazdek, plusów czy innych pierdół, ale nie mam wyjścia. W skali dziesięciostopniowej dałbym 7/10, więc uznałem, że 4/5 to jednak zbyt dużo; wiem, 3/5 zbyt mało, lecz mam nadzieję, że sama treść recenzji w jakiś sposób rekompensuje tę połówkę, której dodać nie mogłem.

    Niezupełnie w jednym tygodniu (dostaję kopie od dystrybutorów, niektóre filmy oglądam już po ich premierze kinowej, bo recenzja trafia do miesięcznika, inne widziałem na festiwalach, więc mogę pisanie rozłożyć w czasie), choć i takie rzeczy się zdarzają.

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozumiem, skala 1-5 jest strasznie ułomna i niewymierna, za mało cyferek, żeby coś sensownie ocenić, sam bym pewnie miał problem przy większości filmów. Treść recenzji rzeczywiście to rekompensuje, po prostu najpierw spojrzałem na ocenę i mnie zaskoczyła :).

    Jeszcze tak zupełnie przy okazji: chyba jako jedyny nie wgniotłeś "Anatomii strachu" w ziemię. Czytając inne recenzje miałem wrażenie, że będzie to jakiś koszmarny gniot, a tymczasem Schumacher nakręcił film z całkiem sporym, choć niestety niewykorzystanym, potencjałem. Po obejrzeniu byłem strasznie zdziwiony, że prawie wszyscy krytycy przerobili ten film na mielonkę, jakby był co najmniej kolejną częścią "Transformers".

    OdpowiedzUsuń
  4. Bo "Anatomia strachu" nie zasłużyła na cięgi, które zebrała. Zrobiła się sztuczna nagonka na ten film i upieram się przy tym, że choć to produkcja faktycznie nieudolna, da się obejrzeć. Taki średniak, jakich w latach dziewięćdziesiątych stały całe rzędy w wypożyczalniach.

    OdpowiedzUsuń
  5. Pełna zgoda - momentami to naprawdę nieudolny film, ale na tak straszne cięgi nie zasłużył. Chociaż muszę przyznać, że patrząc na Cage'a grającego znowu samego siebie, miałem przez moment ochotę wyłączyć ;).

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga