poniedziałek, 5 grudnia 2011

Tydzień w kinie - recenzje, recenzje, recenzje...

Na dobry początek tygodnia wrzucam recenzje czterech filmów, które miały swoje premiery w zeszły piątek - "Kobiety z 6. piętra", "Wyścig z czasem", "Anatomia strachu" oraz "Jak ona to robi?".


Niedawno na nasze ekrany wszedł film „Służące”, traktujący o trudnym losie czarnoskórych gospodyń, opiekunek i kucharek z południa Stanów Zjednoczonych w czasach, kiedy segregacja rasowa stanowiła podstawę praw lokalnych. Tytuł ten pada nieprzypadkowo, ponieważ teraz w kinach gości produkcja francuska o podobnej tematyce, ale nieco innym charakterze.

„Służące” lawirują pomiędzy lekką komedią ku pokrzepieniu serc a dramatem społecznym; „Kobiety z 6. piętra” od pierwszej do ostatniej minuty nie tracą gatunkowej spójności: to konsekwentnie zrealizowane, zabawne, wielkoduszne kino. Oczywiście i tutaj nie dało się uniknąć pewnych zagadnień natury społecznej, wszak rzecz dzieje się w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych, do Francji zjeżdżają emigranci z Hiszpanii, zmuszeni do opuszczenia kraju przez ciężką sytuację ekonomiczną frankistowskiego reżimu, a podziały klasowe nadal funkcjonują silnie wśród paryskiego mieszczaństwa.

I podobnie jak „Służące”, film wyreżyserowany przez Philippe le Guaya opisuje proces fraternizacji zupełnie różnych środowisk, choć wnioski z obu seansów płyną nieco odmienne – w „Kobietach z 6. piętra” akceptacja klasy robotniczej przez burżuazję wydaje się możliwa jedynie w skali lokalnej. Ukazana zostaje wszechobecna obłuda, bowiem wyraźnie lewicujący, ulegający indoktrynacji w szkole synowie pana Jouberta, głównego bohatera, krzyczą przy obiadowym stole, że De Gaulle to tyran i morderca, ale jednocześnie okazują wzgardę służącej, choć ojciec chłopców przedstawił ją jako uciekinierkę z kraju trzymanego żelazną ręką Franco. Sympatie polityczne nie są więc wystarczającą przeciwwagą dla podziału klasowego. Ale „Kobiety z 6. piętra” nie brną w polityczne dysputy – to nade wszystko ciepły film o nieustannych próbach serdecznego zrozumienia człowieka przez człowieka. Wątek społeczno-polityczny nie przysłania radosnej w duchu komedii o znudzonym życiem, przedwcześnie starzejącym się mężczyźnie, który odnajduje wreszcie „joie de vivre”.

Dalszy ciąg recenzji na stronie miesięcznika "Kino".


Niespodziewanie dobry thriller science fiction od Andrew Niccola, który wyreżyserował niezłą "Gattacę. Szok przyszłości", a także zdobył Oscara za scenariusz do "Truman Show". Niespodziewanie, bo materiały promocyjne sugerowały młodzieżowe kino z niższej półki. A okazuje się, że "Wyścig z czasem" znakomicie uzupełnia filmografię Niccola, który kolejny raz sięga po estetykę sci-fi i za jej pośrednictwem dotyka kwestii społecznych i politycznych – niestety, zbyt pobieżnie.



Po serii niegrzecznych amerykańskich komedii romantycznych na ekranach gości film ciepły niczym zimowe kino familijne – nikt tutaj nie zostanie ze złamanym sercem. "Jak ona to robi?" wpisuje się w przedświąteczny klimat, ale to produkcja miałka i rozmyta, jakby rozleniwiona i ospała. Próżno szukać w niej mocnego języka i żartów na granicy przyzwoitości, co można poczytać za zaletę, ale brak tutaj pazura, który stanowiłby o jakiejkolwiek wyjątkowości tego tonącego w przeciętniactwie filmu.



Puste sale kinowe, finansowa klapa i cięgi od zachodniej krytyki – w efekcie „Anatomię strachu” zdjęto z amerykańskich ekranów po zaledwie dziesięciu dniach wyświetlania i skierowano do obiegu sklepowego. Joel Schumacher zapewne zdążył już przyzwyczaić się do podobnego odbioru swoich filmów, choć wątpliwe, czy do porażek tak miażdżących można w ogóle przywyknąć. Szczególnie, że w przypadku „Anatomii strachu” otrzymywane baty nie są do końca sprawiedliwe. Pewnie, thriller ten to nic wielkiego, żaden wyczyn, zaledwie przeciętniak, ale na pewno nie zasłużył na tak srogie potraktowanie.

Reszta (razem z oceną 3/6) w grudniowym numerze magazynu "Film".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga