poniedziałek, 19 grudnia 2011

Tydzień w kinie - "Łono"

W tym tygodniu premier jak na lekarstwo, więc tylko jedna recenzja. Nadchodzi również tekst o filmie "Coś", więc nadprogramowy wpis pojawi się jeszcze dzisiaj / jutro.


Łono (4/6)

Urzekający swoim chłodnym, niepokojącym pięknem film w reżyserii Benedeka Fliegaufa podejmuje zagadnienie interesujące, lecz pozostające nadal w sferze dalece teoretycznej. Traktuje bowiem o kobiecie, która traci w wypadku samochodowym mężczyznę będącego jej młodzieńczą miłością i podejmuje próbę przywrócenia mu życia. Rzecz dzieje się w nieokreślonej przyszłości, gdzie klonowanie komórek ludzkich jest już faktem, więc na własne życzenie Rebecca zostaje sztucznie zapłodniona i urodzić ma swojego kochanka. Mimo sugestii, że być może widz zostanie zderzony z istotnymi kwestiami natury moralnej i etycznej dotyczącymi klonowania, „Łono” zbacza w stronę tragicznej historii miłosnej, bazującej na odwróconym kompleksie edypowym. Problematyka jest zagmatwana i niespójna, uniemożliwiająca identyfikację z bohaterami, przez co film ogląda się chwilami niczym naszpikowaną sensacjami, tabloidową ciekawostkę. Ale tak jednoznaczna ocena byłaby dla „Łona” zbyt surowa, gdyż jest to obraz niesłychanie zajmujący chociażby ze względu na scenografię i, mimo wszystko, wiarygodnie zbudowane relacje pomiędzy postaciami. Nadmorski domek, gdzie mieszka Rebecca i jej syn/kochanek, znajduje się nigdzie, na skraju świata, pośród smaganych wiatrem fal i szarego piasku, pod ciemnym, pochmurnym niebem – to metaforyczne łono, w którym dojrzewają bohaterowie i odkrywają podłoże swojej seksualności. Film rozpoczyna retrospektywa, potem akcja przenosi się kilkanaście lat do przodu i Fliegauf ciekawie wygrywa swoiste refreny – sceny z przeszłości korespondują z tymi z teraźniejszości; następuje niejakie powtórzenie miłosnej historii z pierwszej połowy, lecz tym razem Rebecca jest z niej wykluczona, z kochanki przeistoczyła się w matkę, lecz nie chce się z tą rolą pogodzić. Szczęśliwie węgierski reżyser nie kończy filmu pretensjonalnym, hollywoodzkim happy endem, a ostatnie sceny „Łona” pozostawiają finał poza ramkami kadru, pod rozwagę oglądającego.

Recenzja ukazała się w piątkowym "Dzienniku" (16.12.2012).

2 komentarze:

  1. Klonowanie ludzi jako zjawisko z pewnością będzie możliwe w niedługim czasie. Ja jednak zadaję pytanie - po co? Czy na prawdę chcemy aby po ulicy przechadzało się pięciu Pawłów Delągów ośmiu Wojewódzkich i trzydzieści dwie Dody? A tak nawiasem mówiąc, czyż nie tańsze i przyjemniejsze są metody tradycyjne?
    I jeszcze jedno (lekko zgryźliwie) retrospekcja, to chyba coś innego niż to co mogliśmy oglądać w "Łono".
    A film całkiem dobry. Nastrojowy i poruszający ciekawe kwestie. Godny polecenia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Godny, a zarazem pełen irytujących niedociągnięć.

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga