poniedziałek, 26 grudnia 2011

Tydzień w kinie - "Mission: Impossible - Ghost Protocol", "Chciwość", "Łowca trolli"

Świąteczny weekend ma się ku końcowi, a więc miejsce przy stole zamieniamy na kinowy fotel. Bo jest co oglądać. Poniżej dwie recenzje ("Chciwość" oraz "Łowca trolli") i notka o nowym "Mission: Impossible".


Chciwość (7+/10)

Ubiegłoroczny oscarowy sukces dokumentu "Inside Job" Charlesa Fergusona dowiódł ostatecznie, że o losach świata decyduje już nie dyktator rodem z apokaliptycznego filmu scence fiction, ale bankier w starannie wyprasowanej koszuli i garniturze za tysiąc dolarów. Dotychczas nowoczesny finansista, skulony przed monitorem komputera i zaszyty w wielopiętrowym biurowcu, jawił się w popkulturze jako twór nieco abstrakcyjny, aż do roku 2008, kiedy to upadek jednego z czołowych banków inwestycyjnych w Stanach Zjednoczonych zapowiedział światowy kryzys ekonomiczny. Kino zareagowało szybko i prócz Fergusona tematem bankructwa firmy Lehman Brothers i jego następstwami zainteresowali się inni filmowcy, między innymi J.C. Chandora, biznesmen zorientowany w branży nieruchomości. Mimo że, jak twierdzi sam reżyser, jego "Chciwość" nie jest próbą odtworzenia tego, co działo się zaledwie przed trzema laty w pokojach konferencyjnych w siedzibie czwartego co do wielkości banku inwestycyjnego w USA, trudno uciec od porównań, skoro tropów pozostawiono wiele – wystarczy wspomnieć chociażby, że prezes nienazwanej w filmie firmy nazywa się John Tuld; szefem Lehman Brothers był Richard Fuld.

Ale i dla widza niezaznajomionego z zagadnieniami z dziedziny ekonomii "Chciwość" pozostaje atrakcyjnym materiałem filmowym z ogromnym potencjałem dramaturgicznym. Spora w tym zasługa obsady, w której znaleźli się tak znamienici aktorzy, jak Jeremy Irons, Kevin Spacey czy Paul Bettany, ale i scenariusza opartego na dialogu. Chandor stosuje mnóstwo prostych sztuczek, aby swój film uczynić łatwiejszym w odbiorze i zrozumiałym dla szerszej publiczności, nie posuwając się przy tym do naiwnych zabiegów narratorskich – na przykład skomplikowane kwestie analityczne tłumaczone są przez pracowników językiem przystępnym, bowiem... dyrektorzy na wyższych szczeblach nie rozumieją terminologii ekonomicznej. Swoich bohaterów Chandor portretuje wyrozumiale, zastawiając tym samym pewną pułapkę na oglądającego, gdyż wszyscy bez wyjątku biorą udział w tym samym spektaklu niegodziwości i obłudy. Kiedy okazuje się, że jedyną szansą, aby zminimalizować straty firmy, jest sprzedaż toksycznych aktywów o niemalże zerowej wartości nawet zaufanym klientom i przyjaciołom, co może doprowadzić do zalania rynku zwyczajnym śmieciem, w zasadzie nikt nie protestuje, licząc na finansowe bonusy, a pieniądze ugaszą każde zarzewie buntu. Polski tytuł trafnie oddaje to, o co w tych rozgrywkach na szczycie chodzi.

Recenzja ukazała się w "Dzienniku" z dnia 23.12.2011.


Łowca trolli (8/10)

Skandynawski horror nie przestaje eksperymentować z charakterystycznymi dla gatunku formułami fabularnymi – do tego rozumianymi po amerykańsku. Wystarczy wspomnieć chociażby ciepło przyjęty, pokazywany przed kilkoma laty także i u nas, norweski „Hotel zła”, który bazował na schematach wypracowanych przez kino typu „slasher”, albo „Zombie SS” (również produkcji norweskiej), będące bezpretensjonalnym hołdem oddanym nie tylko „zombie-movies”, ale i klasycznemu już dla filmu grozy dziełu Sama Raimiego „Martwe zło”. Bodaj najdalej w imitowaniu kinematografii zza oceanu posunął się jednak w „Manhunt – Polowaniu” Patrik Syversen, który perfekcyjnie wystylizował swój obraz na lata siedemdziesiąte, wymieszał wątki z „Wybawienia” Boormana i podrzędnych „survival-horrorów”. Ale intencją reżyserów odpowiedzialnych za te produkcje (i kilka innych) nie było puste naśladownictwo, a raczej przyłożenie pewnego szablonu gatunkowego do warunków skandynawskich. W efekcie powstaje odświeżające kino, o co w skostniałym gatunku trudno. Okazało się, że ten swoisty kulturowy recycling stał się metodą – żywe trupy i uzbrojeni po zęby psychopaci zmaterializowali się nagle w bezkresnych świerkowych lasach, na stromych zboczach gór, do tego po pas w śniegu, co stwarzało zupełnie nowe możliwości rozwoju akcji, choć oparte prawie wyłącznie na nieortodoksyjnym dla takiego kina pejzażu.

Za to „Łowca trolli” idzie krok dalej, nie zatrzymując się na wykorzystaniu techniki „mockumentary”, która po sukcesie „Blair Witch Project” w 1999 roku została przez horror zawłaszczona, zwłaszcza w Stanach. Film w reżyserii André Ovredala jest głęboko osadzony nie tylko w norweskiej przyrodzie, ale przede wszystkim w folklorze. Ale można też określić go mianem nowatorskiego (choć nie rewolucyjnego) – w „Łowcy trolli” absurdalność tematu ściera się z powagą jego przedstawienia, kreując z jednej strony zaskakujący efekt komiczny, z drugiej – nie opuszczając terenu zarezerwowanego uprzednio dla fałszywych dokumentów grozy.

Dalszy ciąg recenzji na stronie miesięcznika "Kino"



Mission: Impossible - Ghost Protocol (8+/10)

Pewnie dostanie mi się za tę analogię, ale co tam - seria "Mission: Impossible" przypomina mi "Obcego". Poszczególne odcinki obu tetralogii zrealizowali reżyserzy o zupełnie innej, unikalnej wizji, co przełożyło się na wyjątkowość każdego z filmów. De Palma wymieszał klimat szpiegowskiego retro thrillera z nowoczesnym kinem sensacyjnym, Woo nakręcił spektakularne widowisko spod znaku kreskówkowego gun fu, a Abrams ulokował swój film gdzieś pomiędzy przygodami Jasona Bourne'a a Jamesa Bonda. Za to Brad Bird przeskoczył ich wszystkich i zrobił jeden z najlepszych akcyjniaków, jaki gościł w naszych kinach w ostatnich latach. Skłonny jestem powiedzieć, że "Mission: Impossible - Ghost Protocol" to definitywny film akcji, bowiem nie rezygnuje ze scen, jakie widzieliśmy już wcześniej w setkach bliźniaczych tytułów, bez których podobne produkcje prawdopodobnie nie mogłoby istnieć, jednocześnie przerabiając je w niepozbawiony oryginalności sposób. Mamy tutaj na przykład pościg samochodowy, ale... z udziałem jednego auta. Ethan Hunt zmuszony jest śledzić głównego złego podczas piaskowej burzy, widoczność jest więc zerowa i nasz bohater zmaga się praktycznie sam ze sobą. Jest też catfight pomiędzy Paulą Patton i Leią Seydoux, finałowy pojedynek w nowoczesnym garażu z unoszącymi się w powietrzu platformami, przywołujący skojarzenia z walką imperatora Palpatine i mistrza Yody w "Zemście Sithów" oraz rewelacyjna, przyprawiająca o zawroty głowy, emocjonująca scena wspinaczki po szklanej ścianie drapacza chmur Burj Khalifa w Dubaju. "Mission: Impossible - Ghost Protocol" to film, z którego nie zapomina się praktycznie żadnej sceny, co nieczęste w przypadku filmu akcji, zazwyczaj pozostającego w pamięci jako rozmazana, upstrzona wybuchami plama. A i w kontekście samego cyklu Bird ma co nieco do powiedzenia, bo choć nie odcina się od znanej formuły i chwilami niemalże cytuje niektóre sekwencje z poprzednich trzech odsłon "M:I", to pozwala sobie na wyraźną ironię i odpowiedni dystans. Plotka głosi, że studio Paramount jest o krok od zapalenia zielonego światła dla piątej części serii. Czekam z niecierpliwością i mam nadzieję, że twórcy zdecydują się zerwać z tym, co do tej pory w sporej mierze stanowiło o atrakcyjności cyklu i Brad Bird usiądzie na reżyserskim stołku po raz drugi.

3 komentarze:

  1. Pełna zgoda co do "Łowcy trolli" i "M:I 4" - dwa świetne filmy, które powodują, że zakończenie tego roku w polskich kinach można uznać za bardzo udane :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Waham się nawet, czy przypadkiem "M:I Ghost Protocol" nie zasługuje na miejsce na mojej liście filmów roku, zaraz obok "Przygód Tin Tina". A "Łowca trolli" znakomity, ale pewnie trudno dorwać w multipleksach.

    OdpowiedzUsuń
  3. U mnie "Łowca trolli" wskoczył do pierwszej dziesiątki bez problemu. Jakoś wcześniej niewiele o nim wiedziałem i nie spodziewałem się tak fantastycznego wykorzystania formuły mockumentary. Ale masz rację - grają go tylko w kilkunastu kinach w całej Polsce, w trójmieście w ogóle, chociaż może jeszcze przyjedzie do nas z opóźnieniem jakaś kopia. Fajnie byłoby to zobaczyć na wielkim ekranie :).

    "Ghost Protocol" aż tak mnie nie zachwycił, chociaż bawiłem się przednio i jestem pewien, że będę do tego filmu z przyjemnością wracał. W ogóle, to chyba najlepszy rok dla sequeli od dawna. Serie, które wydawały się być wypalone (jak "M:I", "Fast & Furious" czy "Final Destination") powróciły do gry dzięki świetnym kolejnym częściom. Mam przeczucie, że zmienia się nieco polityka wielkich wytwórni i bardzo mnie to cieszy :)

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga