piątek, 30 grudnia 2011

Lęk i odraza w Puerto Rico

Już jutro Sylwester, a dzisiaj do kin wchodzi "Dziennik zakrapiany rumem" - adaptacja powieści Huntera S. Thompsona z Johnnym Deppem w roli głównej. Z tej okazji napisałem taki oto tekst...

Polski poster z "mistrzowskim" taglinem

Podobno kiedy Hunter S. Thompson poznał Johnny'ego Deppa, studio odprawiło Johna Cusacka, któremu praktycznie obiecano główną rolę w „Las Vegas Parano”, z kwitkiem. Kontrowersyjny dziennikarz uznał, że nikt nie zagra go lepiej niż młodziutki wówczas aktor.

Pomysł na realizację filmu wcale nie był nowy, bowiem po spektakularnym sukcesie książki „Lęk i odraza w Las Vegas”, będącej zapisem wypraw na haju autora do Nevady, projektem interesowali się Martin Scorsese i Oliver Stone. Wielkie plany jednak nie wypaliły i dopiero w roku 1997 na stołek reżysera wskoczył Terry Gilliam i zdjęcia ruszyły z kopyta. Dosłownie, gdyż były członek grupy Mony Pythona miał jedynie dziesięć dni na napisanie scenariusza, co było zadaniem podwójnie trudnym z uwagi na specyficzny charakter prozy Thompsona. Książka nie posiadała jednolitej fabuły, a surrealistyczne, narkotyczne tripy przeplatały się z tym, co doświadczane na trzeźwo. A i przed odtwórcami ról doktora Gonzo, w którego wcielił się Benicio del Toro, oraz Raoula Duke'a, czyli alter-ego Thompsona, zagranego przez Johnny'ego Deppa, rysowało się prawdziwe wyzwanie. Pierwszy przybrał na wadze i zaczął grzebać głęboko w życiorysie pierwowzoru swojego bohatera, prawnika Oscara Acosty; drugi zamieszkał w piwnicy Thompsona na całe cztery miesiące, studiując zachowania swojego przyjaciela. Ba, dzięki staraniom i zaangażowaniu Deppa, praktycznie wszystko, co widzimy na ekranie, łącznie z ciuchami i papierosowym filtrem, należało do słynnego dziennikarza. Ale film, podobnie jak i poprzednia ekranizacja zapisków Thompsona, „Tam wędrują bizony” z 1980 roku, gdzie w postać samego autora wcielił się Bill Murray, poniósł sromotną porażkę w box office. Zarzucano Gilliamowi, iż poświęcił się efekciarskiemu, groteskowemu spektaklowi (faktycznie przygotowanemu niezwykle pieczołowicie, z dbałością o różnorodne efekty wizualne podczas narkotycznego haju w zależności od zażytego przez bohaterów specyfiku), ale w tym przypadku trudno mówić o artystycznym niepowodzeniu – wręcz przeciwnie.

Thompson, prócz niezliczonych esejów, felietonów i artykułów prasowych, pozostawił po sobie, nie licząc „Lęku i odrazy w Las Vegas”, trzy inne powieści – nieopublikowane jeszcze „Price Jellyfish” i „Polo Is My Life” oraz przeniesiony właśnie na ekran „Dziennik rumowy”, napisany w latach sześćdziesiątych, ale wydany dopiero w 1998, zresztą po interwencji Johnny'ego Deppa. Filmowa adaptacja książki, planowana od dziesięciu lat, napotkała na swojej drodze wiele przeszkód i dopiero przed dwoma laty, kiedy pieczę nad projektem przejęła firma producencka należąca do Deppa, rozpoczęto prace. „Dziennik zakrapiany rumem” to właściwie popis aktorski człowieka, który przez lata przyjaźnił się z Thompsonem i został niemalże przez niego namaszczony. Film nie jest szczególnie wierny klimatowi powieści, scenariusz oparto głównie na zabawnych, anegdotycznych sytuacjach, i tę na poły autobiograficzną opowieść o dziwnych przypadkach początkującego dziennikarza w Puerto Rico przerobiono na pełnokrwistą komedię. Reżyser Bruce Robinson wspomina w wywiadach, że alkohol na planie lał się strumieniami, więc zapewne Thompson uśmiechnąłby się z satysfakcją, oglądając pijackie wygłupy Deppa. Zresztą nie byłby też przeciwny liftingowi, któremu poddano jego powieść. Sam przecież pisał z kluczem, ubarwiając swoje reporterskie przygody odpowiednią dozą fikcji, wypracowując tak zwany gonzo journalism, styl dziennikarstwa polegający na bezpośrednim udziale autora w opisywanych zdarzeniach.

„Dziennik zakrapiany rumem” to dopiero drugi odcinek kinowej przygody Deppa z dziełami Huntera S. Thompsona. Na konferencji prasowej aktor zapowiedział, że ma zamiar zabrać się za kolejne ekranizacje. Wydaje się, że Depp odnalazł w Thompsonie bratnią duszę. Jak sam mówi – „Nadal będę grał Huntera. Znajduje w tym pewną pociechę, bowiem czuję się, jakby odwiedzał mnie stary przyjaciel, za którym ogromnie tęsknię”. Thompson popełnił samobójstwo przed sześcioma laty, w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat. Koszta jego pogrzebu pokrył Johnny Depp.

Artykuł ukazał się w dzisiejszym "Dzienniku" (30.12.2012)

6 komentarzy:

  1. Szkoda, że na plakacie używają powiązania do Piratów, a nie do "Las Vegas Parano". To by było rozsądniejsze i pokazało by lepiej ton.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie lubię Deppa, ale mam chrapkę na ten film. Przed chwilą obejrzałem zwiastun i podoba mi się. To chyba warto zobaczyć w całości.

    OdpowiedzUsuń
  3. Polski plakat to smutny żart, no ale przecież łatwiej sprzedać film nawiązując do kasowych 'Piratów', niż do "jakiegoś tam" 'Las Vegas Parano'. No i jeszcze ten tagline, nawet biorąc pod uwagę czysty marketing, zupełnie dla mnie niezrozumiały - czyżby 'Kocha, lubi, szanuje' było u nas aż takim hitem?

    OdpowiedzUsuń
  4. Robert, Motoduf - Kino Świat zawsze było mistrzem tagline'ów. Pogrzebcie, polecam.

    ajar - ciekaw jestem Twojej oceny, daj znać. Mnie się wydaje, że kino niestety bardzo "spłaszczyło" Thompsona.

    OdpowiedzUsuń
  5. Słabo, bardzo słabo...Właśnie wróciłem z kina.
    Tak jak pisze Pan p. Bartku: film spłaszczył książkę - uciekła gdzieś ironia i sarkazm na cywilizacyjny sposób bycia, który w książce reprezentują spasieni Amerykanie przylatujący na Portoryko. Uciekła gdzieś reżyserowi outsiderska natura Paula Kempa, który przybywa na wyspę rozpocząć nowy rozdział swego życia. Nawet sceny akcji (ucieczka z baru, skrócony - a jakże dramatycznie przedstawiony na kartach książki - epizod z sądem i więzieniem...) są spłycone, a film po prostu przegadany. Nie wiemy, czy Paul Kemp nie cierpi republikanów; ludzi w ogóle czy męczy go jakaś "choroba wieku". Nawet zdjęcia Portoryko położył reżyser, do diaska! Tylko G. Ribisi daje radę...:)

    Paweł

    OdpowiedzUsuń
  6. Panie Pawle - niestety, trudno jest przenieść Thompsona na ekran, szczególnie, gdy próbuje się to robić na modłę współczesnej komedii amerykańskiej dla nastoletniej widowni. Lepiej powtórnie sięgnąć po książkę.

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga