piątek, 16 grudnia 2011

Krwawe wizje Takashiego Miike

Takashi Miike spokorniał. Ten niegdyś skandalizujący artysta, którego przeładowane skrajną przemocą i perwersyjnym seksem filmy przyprawiały o prawdziwe zawroty głowy, dzisiaj kręci dla dzieci i młodzieży, realizuje zlecenia stacji telewizyjnych, a dla publiki festiwalowej ma w zanadrzu autorskie wersje japońskich klasyków.

Takashi Miike
A więc wydawać by się mogło, iż wreszcie nastał kres trwającej przez lata szaleńczej krucjaty tego enfant terrible azjatyckiego kina. Sam Miike, który chętniej nazywa się aranżerem niż reżyserem, podobnej diagnozie zapewne by zaprzeczył, wszak nadal zachowuje pełną artystyczną niezależność. Bo choć w Europie i Stanach Zjednoczonych pamięta się głównie jego kontrowersyjne horrory i śmiałe yakuza-movies, ten niecodzienny twórca od początku kariery nieustępliwie eksploruje filmowe przestrzenie zarezerwowane dla rozmaitych gatunków. Zresztą według jego wykładni sam koncept gatunku filmowego jest wielce nieprecyzyjny i stworzony został nie dla artysty, a dystrybutora, aby ułatwić mu zaszufladkowanie i sprzedaż filmu.

Pierwsze wyreżyserowane przez niego obrazy trafiały bezpośrednio na srebrny ekran albo do wypożyczalni i sklepów, a i dzisiaj Miike chętnie omija obieg kinowy, ceniąc sobie swobodę, którą dają mu producenci telewizyjni. I choć w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych konsekwentnie zajmował się filmem gangsterskim, międzynarodową sławę zapewnił mu dopiero nieortodoksyjny, perfekcyjnie zrealizowany horror „Gra wstępna”, nakręcony w 1999 roku. Miike dowiódł w nim, że posiada specyficzną wrażliwość na piękno kadru oraz niesamowite wyczucie storytellingu, eksperymentując ze zmurszałymi konwencjami i igrając z przyzwyczajeniami widza. Zapamiętano jednak szczególnie szokujący finał filmu, którym zapracował sobie na łatkę twórcy niepokornego, utrwalając ją w dodatku innym przebojem z tego samego roku: mistrzowskim, mocno brutalnym, postmodernistycznym yakuza-movie „Dead Or Alive: Żywi lub martwi” (kolejne części miały swoje premiery odpowiednio w latach 2000 i 2002). Pojawiły się wtedy – po części uzasadnione – zarzuty o epatowanie blichtrem, tandetą i skrajnie złym smakiem, choć oponenci specyficznego stylu japońskiego reżysera zdają się nie zauważać kontekstu, w jakim Miike korzysta z kontrowersyjnych środków, za ich pomocą dekonstruując i wykoślawiając ograne schematy gatunkowe.

Pozycję Miike na poboczu głównego nurtu ugruntowały późniejsze filmy – krwawa, przerysowana i przez to prześmiewcza adaptacja słynnej mangi „Ichi zabójca”; zrealizowany w surrealistycznej manierze, naszpikowany psychoanalitycznymi symbolami „Gozu”; czy nakręcony w konwencji mockumentary, groteskowy, nawiązujący do „Teorematu” Pasoliniego, „Visitor Q”. Póki co Miike porzucił dawną, szokującą estetykę – to, jak na razie, zamknięty rozdział w bogatej karierze reżysera. Dzisiaj uwaga widzów i krytyki zwrócona jest przede wszystkim w kierunku jego reinterpretacji klasyki kina samurajskiego – „Harakiri – śmierć samuraja” oraz „13 zabójców”. Oba pokazywano już na światowych festiwalach i zostały tam ciepło przyjęte. Miike kolejny raz zaskoczył publiczność, trzymając się tym razem tradycyjnych form opowiadania. Trudno jednak powiedzieć, czy realizacja podobnych produkcji wyznaczy rytm kolejnych lat pracy Takashiego Miike. Na razie pochłaniają go kolejne adaptacje japońskich komiksów i gier wideo.

Tekst ukazał się wcześniej w "Dzienniku" (dodatek "Kultura" z dnia 9.12.2011)

2 komentarze:

  1. A no spokorniał czy może raczej - skomercjalizował się bardziej. Efektem czego tytuły w stylu "Crows Zero", które wyglądają jakby ktoś go nieudolnie podrabiał. Inna sprawa, że od początku słabe rzeczy kręcił na zmianę z tymi świetnymi. Jeszcze inna, że nigdy nie postrzegał się jako artysta/autor, lecz rzemieślnik.
    Ale spokojniejsze, stonowane rzeczy płodzi już od ponad dziesięciu lat (po prostu tytuły te, jako pozycje niekontrowersyjne, pozostały w cieniu tych skandalizujących), podobnie jak filmy dla dzieci i młodzieży (zdaje się, że pierwszym była "Andoromedia" z 1998 roku, straszne gówno swoją drogą).

    "Miike dowiódł w nim, że posiada specyficzną wrażliwość na piękno kadru oraz niesamowite wyczucie storytellingu, eksperymentując ze zmurszałymi konwencjami i igrając z przyzwyczajeniami widza"
    To samo można napisać o kilku wcześniejszych filmach:)

    "oponenci specyficznego stylu japońskiego reżysera zdają się nie zauważać kontekstu, w jakim Miike korzysta z kontrowersyjnych środków, za ich pomocą dekonstruując i wykoślawiając ograne schematy gatunkowe."
    TRUE!

    "krwawa, przerysowana i przez to prześmiewcza adaptacja słynnej mangi „Ichi zabójca”"
    Podobno oryginał jest dużo brutalniejszy (szatkowanie penisa i inne atrakcje).

    "nakręcony w konwencji mockumentary, groteskowy, nawiązujący do „Teorematu” Pasoliniego, „Visitor Q”"
    To w zasadzie luźny remake "Crazy Family" z 1984 r. w reżyserii Sogo Ishii, prekursora dokonań Miike czy Tsukamoto.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kapitalny rezyser. "Dead Or Alive" i "Ichi the Killer" zdetronizowaly, owczesnie krolujacego w moim prywatnym rankingu, Takeshi Kitano na pozycji nr 1 rezyserow japonskich. Ale, niestety, wpadki tez sie zdarzaly - "Sukiyaki Western Django" to straszna kupa.

    Pawel

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga