sobota, 5 listopada 2011

Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda

Króciutko o "Przygodach Tintina". Czemu nie długo? Bo na swoim blogu Piotrek Pluciński napisał to, co sam myślę, i nie widzę powodu dla kserowania tego, co zostało już powiedziane. Czemu więc w ogóle? Gdyż to film znakomity i aż mnie świerzbi, by te kilka zdań w klawiaturę jednak wklepać.


Film Spielberga to w żadnym wypadku Kino Nowszej Przygody (sic!) albo jakiś inny gatunkowy wygibas czy stylistyczy fikołek. To tradycyjne w formie i treści kino awanturnicze dające mnóstwo chłopięcej frajdy - nie jest to bynajmniej żaden seksistowski przytyk, po prostu wydaje mi się, że "Przygody Tintina" to projekcja typowo męskiego fantazmatu wielkiej, epickiej przygody. Bo przedstawiony w filmie świat to swoisty przekrój ekstatycznych marzeń o podróży w nieznane - są tutaj przecież piraci, kryminalna intryga, podniebne perypetie w samolocie lecącym na oparach paliwa, pustynna wędrówka. A także świetna, finałowa walka na... dźwigi, przypominająca pojedynek dwóch robotów rodem z filmu science-fiction. No i dawno nie oglądałem tak wielu sympatycznych postaci na jednym ekranie - Tintin, bohaterski reporter, wespół z inteligentnym psem Milusiem i niepoprawnym opojem kapitanem Baryłką to kompania na schwał. Świetne kino, porywająca przygoda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga