poniedziałek, 7 listopada 2011

Po prostu recenzje - "Służące", "Ilu miałaś facetów?", "Siostra Mozarta"

Pisałem o "Niebezpiecznej metodzie", pisałem o "Przygodach Tin Tina", więc teraz czas na pozostałe premiery tygodnia.


Kolejna, po "Druhnach" i "Złej kobiecie", romantyczna komedia dla dorosłych, czyli zamiast miłosnych uniesień i subtelnych gagów mamy eksplozję nasączonych erotyzmem dowcipów. Nic oczywiście w tym zdrożnego, gdyż "Ilu miałaś facetów?" to znów konserwatywna rozprawka na temat wyższości małżeństwa nad panieństwem i nawet te odważniejsze żarty wydają się ugładzone przez spodziewany finał.

Ally Darling pozuje na kobietę wyzwoloną i chodzi do łóżka z kim chce. Jednak w głębi ducha, choć nie zdaje sobie jeszcze z tego sprawy, marzy o tym jedynym. Jako wierna czytelniczka modnych pism dla pań wierzy ślepo w zamieszczane w nich statystyczne dane mówiące, iż mało która dama z dwudziestoma kochankami na koncie znajduje sobie męża. Przerażająca konstatacja i perspektywa wiecznego budzenia się co rano obok innego faceta skłania Ally do działania – by nie przekroczyć magicznej liczby, wybranka szuka wśród swoich byłych chłopaków. A pomóc ma jej w tym sąsiad przystojniak z naprzeciwka Colin.



"Siostra Mozarta" to luźny zapis koncertowej trasy rodziny genialnego kompozytora. Bo kto wie, czy gdyby nie menedżerskie zdolności jego ojca młody pianista kiedykolwiek miałby okazję zagrać na królewskim dworze.

Film nie miał jednak traktować o Wolfgangu Amadeuszu, a na pewno nie bezpośrednio, choć w trakcie seansu usłyszeć można kilka jego młodzieńczych utworów. O ile więc wybitność Mozarta nie podlega dyskusji, niewiele wiemy na temat twórczości jego siostry, Marii Anny zwanej Nannerl. Reżyser René Féret stawia ją niemal na równi z bratem, sugerując, że gdyby nie autorytarny, acz kochający ojciec oraz panujące wówczas uwarunkowania społeczne, dzisiaj słuchalibyśmy muzyki Nannerl z równym zaangażowaniem. I być może w teorii tej jest wiele prawdy, wszak sam mistrz w listach zachwycał się utworami swojej siostry. Nigdy jednak nie będzie nam dane zweryfikować prawdziwości tych twierdzeń – w filmie pozbawiona złudzeń Nannerl pali zapisane nutami karty.

Kuszące jest wpisanie "Siostry Mozarta" w nurt współczesnego kina feministycznego, tyle że w kostiumie. Jednak problem obrazu Féreta polega na jego anachroniczności, zarówno formalnej, jak i treściowej. Nie mówi on absolutnie nic, czego byśmy już o dysproporcji życiowych szans ze względu na płeć nie wiedzieli.



Przepisy segregacyjne, zwane prawami Jima Crowa, wprowadzane lokalnie w Stanach Zjednoczonych w ciągu niemal stu lat od zakończenia wojny secesyjnej, miały przedzielić amerykańskie społeczeństwo grubą krechą, wartościując obywateli według koloru skóry. Działania te w rzeczywistości przyczyniły się do stworzenia wielkiej bigoteryjnej iluzji, bo choć podobny podział faktycznie istniał, rasistowski filtr nie zdołał oddzielić Afroamerykanów od białych. Powstał w ten sposób rodzaj pasożytniczego współżycia. O specyficznych stosunkach społecznych, które panowały w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych w stanie Missisippi, opowiada film „Służące”, będący adaptacją wydanej także i u nas powieści Kathryn Stockett. Specyficznych, bo z dzisiejszego punktu widzenia absurdalnych – jedna z kwestii spornych pokazanych na ekranie dotyczy wydzielenia osobnych łazienek dla czarnoskórych w domach, w których są zatrudnieni; jednocześnie każe im się przygotowywać posiłki czy opiekować białymi dziećmi i nie budzi to żadnych kontrowersji higienicznych.

Nad sensownością podobnych regulacji zastanawia się Skeeter Phelan (w tej roli pełna młodzieńczej energii Emma Stone), świeżo upieczona absolwentka wyższej uczelni, która powraca do rodzinnego miasteczka Jackson. Dostrzega obłudę dawnych koleżanek, będących idealnymi kopiami swoich konserwatywnych matek. Dni mijają im na ploteczkach i szykanowaniu służących, którym notabene wiele zawdzięczają. Jedna z tez filmu Tate’a Taylora głosi, że bez pomocy tej taniej siły roboczej amerykańska klasa średnia z południa Stanów nigdy nie byłaby w stanie wychować kolejnych pokoleń. I choć jest w tym pewna przesada, na ekranie służy konkretnemu celowi – budowie nieco przerysowanej, uproszczonej wizji Ameryki sprzed pół wieku. To bufor bezpieczeństwa, by móc mówić o trudnym temacie za pomocą łatwych słów, nie wdając się w niewygodne debaty. Bo „Służącym” bliżej do „feel-good movie” niż dramatu społecznego, historia opowiedziana jest lekko i radośnie dąży do antycypowanego przez widza finału, który niesie znaną truistyczną refleksję: w złych czasach także żyli dobrzy ludzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga