piątek, 25 listopada 2011

Mój weekend z Marilyn

Kiedy piszę te słowa, data polskiej premiery filmu "My Week with Marilyn" nie jest jeszcze znana. Oglądać więc na razie nie mamy co, ale czytać - jak najbardziej. Oto krótkie recenzje dwóch książek, które w ostatnich miesiącach ukazały się nakładem Wydawnictwa Literackiego.


Pięknie wydane „Fragmenty” zawierają, jak mówi sam podtytuł, wiersze, zapiski intymne i listy Marilyn Monroe. Od strony edytorskiej nie można nic temu albumowi zarzucić – świetne, wysokiej jakości fotografie; oryginalne skany prywatnych notatek Marilyn; dołączona do nich transkrypcja i tłumaczenie. Pozycja to niezaprzeczalnie interesująca, bowiem umożliwia czytelnikowi wgląd we wcześniej niepublikowane materiały, do których dostęp mieli jedynie biografowie i historycy filmu. A jednak „Fragmenty” mają wartość chyba tylko w połączeniu z nabytą już wcześniej wiedzą o Marilyn – aby udanie zinterpretować niektóre zapiski i odnieść je do życiorysu gwiazdy, potrzebny jest odpowiedni kontekst, którego opisywana pozycja nie dostarcza. Tak czy inaczej – mieć trzeba.


Książkę "Marilyn Monroe i Arthur Miller" potraktować trzeba jako powtórkę z rozrywki, próbę usystematyzowania pewnych faktów, bowiem żadne białe plamy z życiorysu tych dwóch nietuzinkowych postaci nie zostają zamalowane. Długi na sto osiemdziesiąt stron esej Christy Maerker nie obala żadnych mitów na temat Marilyn, raczej wyraża niemoc autorki, niezdolnej opisać fenomen gwiazdy. Zamiast subiektywnych wniosków i nowej perspektywy otrzymujemy protekcjonalną, napisaną z nadmierną emfazą i egzaltacją charakterystyczną dla tanich, grafomańskich romansideł i tabloidów, krótką historyjkę o równie krótkim małżeństwie. Związkowi Millera i Monroe poświęcono zaledwie połowę książki, reszta to skrótowe biografie aktorki i pisarza, do tego przeniknięte przez irytujące przekonanie autorki, że Marilyn i autora „Śmierci komiwojażera” połączyli bogowie albo przeznaczenie. Tytuł dla początkujących, chcących uporządkować swoją wiedzę, lub... poszukiwaczy sensacji.

A o Marilyn pisałem jeszcze tutaj i tutaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga