niedziela, 13 listopada 2011

Koniec, który nigdy nie nadejdzie - o "Żywych trupach"

Nie jestem ani specjalistą od „Żywych trupów”, ani entuzjastą komiksu czy serialu. Szczerze mówiąc, drugi sezon sztandarowej produkcji stacji AMC nudzi mnie niemiłosiernie, a lekturę dzieła Kirkmana zakończyłem kilka lat temu na którymś tam tomie i pewnie nie wróciłbym do niej prędko, gdyby nie zmusiły mnie do tego pewne okoliczności. To, co w życiu robię, nie pozwala mi na wygodnickie przymykanie oczu na bieżące wydarzenia popkulturowe, więc kiedy nastał szał związany z telewizyjną adaptacją „Żywych trupów”, a ja dowiedziałem się, że trafić ma do mnie książka osadzona w świecie „The Walking Dead”, nadrobiłem czym prędzej zaległości. I wsiąkłem.


Zafascynowała mnie ta opowiadana już bodajże od ośmiu lat historia Ricka Grimesa, a „Narodziny Gubernatora” potraktowałem, zresztą myślę, że całkiem słusznie, jako pełnoprawne rozwinięcie trupiego uniwersum i wzbogacenie go o nowe konteksty. Rzecz jasna trudno mi ocenić czy też zrecenzować tłumaczoną przeze mnie powieść przez wzgląd na mój specyficzny względem niej stosunek emocjonalny. Lektura i przekład „Narodzin...” nie były dla mnie kolejnym szeregowym zleceniem, bowiem dostrzegłem fakt, że przykładam rękę do spopularyzowania globalnego już fenomenu i zacząłem zastanawiać się, czemu udało się akurat Kirkmanowi, wszak opowieści o zombie nigdy nie cieszyły się wyjątkową estymą wśród publiczności w horrorze niewyspecjalizowanej. No, może poza filmami Romero, ale od dnia premiery „Nocy żywych trupów” konwencja zatoczyła koło, czego dowodem jest właśnie „The Walking Dead”.

Paradoksalnie sukces "Żywych trupów" polega właśnie na ich konwencjonalności i stereotypizacji. Seria ta, czy to w wydaniu komiksowym, czy telewizyjnym, to niemalże powtórka niezliczonych pełnometrażówek o zombie, ale rozciągnięta do rozmiarów telenowelowych. O ile dobrze pamiętam z posłowia czy też wstępu Kirkmana do jednego z tomów, dokładnie taki był jego inicjalny zamiar – stworzenie niekończącej się historii o żywych trupach. Pomysł to genialny w swojej prostocie, bowiem chyba każdego z nas zastanawiało, co dzieje się z bohaterami, kiedy już zapadnie kurtyna, a w „The Walking Dead” jest ona nieustannie w górze. Ricka i jego towarzyszy nie uratuje napis THE END, apokalipsa trwa nadal, a on zmuszony jest świadkować końcowi świata.

„Żywe trupy” charakteryzuje skrajny fatalizm, bo przecież nie da się wygrać ze śmiercią, personifikowaną tutaj przez rozkładające się, kroczące po ulicach truchła; nie można przed nią uciec, jedynie schować się do jakiejś głębokiej dziury i trwać, ale owe trwanie nigdy nie zostanie podniesione do rangi prawdziwego życia. Tak naprawdę Kirkmanowe postacie dawno już umarły, ale jeszcze o tym nie wiedzą, a może nie chcą tego prostego faktu zaakceptować. „Żywe trupy” to opowieść o powolnej śmierci. O dziwo, przy całym tym plugastwie i niegodziwości, udało się autorowi uniknąć ostentacyjnego nihilizmu, pozostawiono ludziom prawo do człowieczeństwa, co może być naczelnym dowodem na to, iż się w swoich rozważaniach mylę. A chciałbym tego bardzo.

Tekst ukazał się pierwotnie na Invincible, blogu poświęconym twórczości Roberta Kirkmana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga