środa, 23 listopada 2011

Grzegorz Rosiński opowiada o Thorgalu, a ja o "Statku mieczu"

A oto krótka rozmowa z Grzegorzem Rosińskim, którą przeprowadziłem podczas Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi oraz recenzja nowego tomu o przygodach Thorgala. Na blogu publikowałem już wywiad z innym gościem imprezy, Brianem Azzarello (o tutaj), a w grudniowym numerze "Nowej Fantastyki" znajdziecie zapis mojego spotkania w cztery oczy z Simonem Bisleyem.


Bartosz Czartoryski: Jak grzyby po deszczu wyrastają kolejne spin-offy serii o Thorgalu – była „Kriss de Valnor”, teraz powieść oraz seria o Louve. Czy możemy się spodziewać, że będzie Pan w te projekty aktywnie zaangażowany, czy raczej ograniczy się Pan do rysowania okładek?

Grzegorz Rosiński: Pozostanę przy jednej serii. Myślę, że nie tylko czytelnik, ale i twórca dorasta razem z komiksem i głupio bym się teraz czuł w świecie nastoletnich bohaterów. Szczerze mówiąc, ja nie lubię tych wszystkich odłamów, rozgałęzień, są one według mnie wtórne.

No ale już nawet główna seria poszła w zupełnie inną stronę, bohaterem jest teraz Jolan...

Tak, ale nie mam pojęcia, do czego to wszystko prowadzi, i zaryzykuję nawet stwierdzenie, że sam scenarzysta tego nie wie. Autor lubi przecież czasem zaskoczyć samego siebie. Każdy pisarz odkrywa historię w miarę pisania i nieważne, czy jest to książka, czy komiks. Na tym właśnie polega przyjemność tworzenia, podobnie jest zresztą z malowaniem, muzyką. Nie chodzi, żeby coś zagrać, czy dokończyć obraz, ale kreować coś nowego. To jest frajda.

A czy kiedy wyszedł „Western”, też nie wiedział Pan jeszcze, gdzie podąża? Wydaje mi się, że Pańska droga twórcza była już konsekwentnie zaplanowana, wszak kontynuował Pan przygodę z malowaniem w „Zemście hrabiego Skarbka”, a potem w samym „Thorgalu”.

Do tej zmiany zachęcił mnie scenariusz. Na studiach dowiedziałem się, że ilustrator to taki zawód, w którym każda książka winna być zupełnie nową przygodą, potrzebującą świeżego środka wyrazu. Tak jak inaczej człowiek wybiera się na polowanie do Afryki, a inaczej na Biegun. Kiedy przystępuję do malowania, zastanawiam się zawsze, jak do tego podejść, i staram się nie powtarzać tego, co już zostało zrobione. Do tego służą różne środki wyrazu i taką samą funkcję pełnią komputer i akwarela. Ale nie da się zrobić na komputerze na przykład historii średniowiecznej, tutaj trzeba czegoś żywego, organicznego, ale to się od razu czuje, podpowiada sama opowieść. Przy „Westernie” wzorowałem się na dagerotypach, starych fotografiach, lecz, co ciekawe, nie na filmach, co sugeruje wiele osób. Bo to trochę inna rzecz, ja chciałem oddać atmosferę prawdziwego dokumentu historycznego, a nie, dajmy na to, spaghetti westernu. I wymagało to takiego, a nie innego potraktowania. No i może się pomyliłem, może dało się to zrobić lepiej i postąpiłbym inaczej, gdybym usiadł do tego komiksu dzisiaj. Podobnie z „Zemstą hrabiego Skarbka”. Na potrzeby komiksu ściągałem gazety z tamtego okresu, chciałem poczuć atmosferę epoki, zapach kartek pomógł mi przenieść się w dawne dzieje.

Ale inspiracji szuka Pan nie tylko w dokumentach. Kiedyś bodajże stwierdził Pan, że istną kopalnią pomysłów są złe książki.

Tak jest, bo zawsze na początku procesu twórczego jest słowo. I nieważne, czy to powieść, opowiadanie, scenariusz, czy notatka zapisana na brzegu gazety. Dopiero potem dokonuje się jej adaptacji, a z tego można zrobić film, komiks czy coś jeszcze innego. Według mnie zła książka może zawierać w sobie całe mnóstwo znakomitych pomysłów, ale nieciekawie obleczonych w słowa. Szansę dla nich stwarza więc adaptacja, która zaczyna żyć własnym życiem, nie powiela słabizn pierwowzoru, tworzy nową jakość.

Czy w takim razie podobnie można postąpić z dobrą literaturą?


Dobra literatura ma to do siebie, że nie ma sensu jej adaptować, bo nigdy nie zrobi się nic lepszego od pierwowzoru. Kiedy na podstawie dobrej książki został nakręcony przewyższający ją film? To się nie zdarza, więc jaki jest sens kręcenia słabej adaptacji?

Czyli wynika z tego, że jeśli kiedykolwiek powstanie film na bazie „Thorgala”, to nie dorówna on komiksowi?


To jest trochę inna sprawa, bo „Thorgala” nie da się określić czystą literaturą, to literatura ilustrowana, a może nawet rysowana. Nie ma więc porównania. Na pewno język filmu wymusza pewne rzeczy, a wyklucza inne.

Spore grono czytelników trwających przy serii od lat uważa, że „Thorgal” staje się aż nazbyt młodzieżowy, a serię śledzą z sentymentu. A i Pan sam powiedział na początku naszej rozmowy, że niezbyt dobrze odnajduje się w świecie nastoletnich bohaterów.

No tak, Thorgal jest już w sumie emerytem, więc na pewnym etapie padł pomysł, by skupić się bardziej na jego synu, a ja zacząłem nawet rozważać przekazanie serii młodszym rysownikom, którzy lepiej się czują w tego typu historiach. Dlatego na przykład serię o Kriss robi ktoś inny. No ale czas pokaże, co będzie się działo dalej.


Po uszy w śniegu - recenzja komiksu "Thorgal: Statek miecz"

Uniwersum Thorgala wkracza w decydującą, formatywną fazę – może to brzmieć niewiarygodnie, wszak świat wykreowany przed laty przez duet Rosiński/Van Hamme dawno już osiągnął pełną dojrzałość. A jednak. Zaproponowany czytelnikom spin-off o Louve i rozbudowany wątek Jolana, zawierający się póki co w serii macierzystej, wymusza na niej radykalne rozwiązania scenariuszowe. Poszerzenie cyklu o nowy tytuły, których linie fabularne biegną równolegle, wymaga od autorów dyscypliny, ale i narzuca pewne ograniczenia. Yves Sente w „Statku mieczu”, świeżym tomie o przygodach Wikinga z gwiazd, rozstaje się z Jolanem, co może wydać się decyzją zaskakującą, bowiem poświęcił chłopcu trzy ostatnie tomy. Oczywiste staje się więc, że syn Thorgala doczeka się indywidualnego komiksu i to w nim śledzić będziemy jego dalsze losy. Trzydziesty trzeci odcinek serii to także pożegnanie z Louve, co jest decyzją obiektywną, zważywszy na premierę pierwszego zeszytu z poświęconego jej osobnego cyklu. Ponownie uwaga scenarzysty skupia się więc na Thorgalu, który kontynuuje poszukiwania swojego syna Aniela. Ale „Statek miecz” to komiks znajdujący się na rozdrożu, napisany niepewnie, zachowawczo, jakby Sente po tym, jak odebrano mu wątki poboczne, nie bardzo wiedział, w którą stronę pójść.

Tytułowy okręt to odpowiednik dzisiejszego lodołamacza – na nim żegluje Thorgal w towarzystwie kupców i najemnych wojowników wynajętych do ochrony ładunku. Dla Sente jest to pretekst, aby spowolnić akcję, aby kazać statkowi zawinąć do portu i zatrzymać się choć na moment, przedstawić indywidualną historię, gdzieś na uboczu głównego wątku. Taki one-shot, biorąc pod uwagę częstotliwość publikacji kolejnych odcinków serii, jest decyzją chybioną, szczególnie, że na następny tom poczekamy aż dwa lata. Ze „Statku miecza” nie przyjdzie dowiedzieć się czytelnikom niczego nowego, rys psychologiczny bohaterów nie zostaje pogłębiony. Zjawia się co prawda niespodziewanie postać znana z wcześniejszych zeszytów, lecz jej dalsza rola zostaje jedynie zasygnalizowana. A Thorgal, jak to Thorgal – jedną ręką ratuje z opresji wieśniaków, na których życie dybią niegodziwi rozbitkowie, a drugą zrywa kajdany dziesiątkom niewolników zabranych na okręt i przeznaczonych na sprzedaż.

„Statek miecz” to sztuka dla sztuki, niezbyt zajmujący epizod z życia Thorgala – pośpieszny, skrótowy, protekcjonalny. Nadal ogromnym plusem publikacji pozostają świetne plansze namalowane przez Grzegorza Rosińskiego, przywołujące na myśl kadry z „Władcy gór” – mroczne pejzaże arktycznych mórz i przysypane śniegiem skały to doskonałe tło dla niedoskonałej historii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga