piątek, 4 listopada 2011

Bezpiecznie o niebezpiecznym

Powróciłem z Warszawy, prosto z dworca poszedłem na "Przygody Tin Tina" (polecam gorąco, jeden z najbardziej udanych filmów przygodowych ostatnich lat!), a teraz siadam i szybko skrobię kilka słów o jednej z dzisiejszych premier - "Niebezpiecznej metodzie" Davida Cronenberga.


Christopher Hampton przekonał się boleśnie, że w Hollywood nie jest łatwo pozyskać fundusze na realizację filmu opartego na dialogu. „Niebezpieczna metoda” zaczęła bowiem jako scenariusz, lecz nabywcy brytyjski dramaturg nie znalazł, przerobił więc skrypt na sztukę teatralną, a tę z powrotem zaadaptował na potrzeby kina, kiedy tekstem zainteresował się David Cronenberg. Interpretacja materiału scenicznego przez ekstrawaganckiego reżysera może zaskoczyć formalną powściągliwością. A jednak konceptualnie „Niebezpieczna metoda” jest logicznym i naturalnym przedłużeniem myśli, która Cronenberga fascynuje nieprzerwanie, czyli – posługując się językiem psychoanalitycznym – konflikt pomiędzy Erosem a Tanatosem. Osią fabuły czyni romans Junga z pacjentką, społecznie nieakceptowalny i etycznie naganny, podsycany mefistofelowymi podszeptami Otto Grossa, hedonistycznego psychiatry skierowanego do szwajcarskiego doktora na obserwację. Tłem dla miłosnego trójkąta mąż-żona-kochanka jest mentorsko-uczniowska relacja pomiędzy Freudem a Jungiem. Mimo niezaprzeczalnej, wzajemnej fascynacji (Freud potrafił ponoć zemdleć na widok wchodzącego do pokoju Junga), młody adept metody psychoanalitycznej pragnie wyzwolić się spod wpływu autorytarnego, ekspansywnego lekarza. Paradoks chce, że Jung, brnąc w beznadziejny romans, staje się jakoby żywym potwierdzeniem freudowskich teorii, od których pragnie uciec. Cronenberg zestawia więc ściśniętą gorsetem, purytańską obyczajowość z rodzącą się świadomością seksualną. Rozczarowujące, iż nie szuka przy tym oryginalnych środków artystycznego wyrazu, przez co film jest może aż nazbyt wyważony i, jak na Kanadyjczyka, w warstwie formalnej konserwatywny (choć nie wykluczam, że to może być jego własna niebezpieczna metoda). Niedostatki te w dużym stopniu rekompensuje znakomity scenariusz – Hampton rozpisał żywe postaci, a w usta włożył im naturalne, intelektualnie stymulujące dialogi. „Niebezpieczna metoda” to także znakomite kreacje dwóch odtwórców ról męskich – Michaela Fassbendera i Viggo Mortensena. Szkoda, że pomiędzy nimi a szarżującą Keirą Knightley istnieje wyraźna dysproporcja umiejętności aktorskich.

4 komentarze:

  1. Cóż, dla mnie film tracił z biegiem czasu - początek był znakomity, bardzo w duchu Cronenberga, końcówka - rozwleczona ponad miarę. Sceny z udziałem Freuda i Junga - świetne, niekiedy zabawne, niekiedy pełne napięcia, a potem wchodziła wrzeszcząca Knightley, której nawet głos był irytujący, gdy zestawić go ze wspaniałymi kwestiami męskich bohaterów... Niezły, ale zdecydowanie czegoś zabrało.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z tego co mi wiadomo Knightley zagrała pacjentkę szpitala psychiatrycznego, więc szarżowanie w takiej roli jest uzasadnione. I jakoś trudno mi uwierzyć, że wypadła kiepsko, bo aktorką jest znakomitą. To że nie boi się być irytująca i momentami nawet odrażająca świadczy o jej wszechstronności, bo rola jest na pewno inna od jej poprzednich minimalistycznych kreacji. A skoro jest wiarygodna w takiej roli jak kreacja Sabiny świadczy o tym, że posiada nieprzeciętne umiejętności aktorskie i duży talent dramatyczny. A to że kwestie męskich bohaterów są wspaniałe a sceny z Freudem i Jungiem są świetne jest raczej zasługą scenarzysty a nie aktorów.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kwestie są wspaniałe nie tyle pod względem treści (chociaż też są) ale formy: tonu, akcentu itp. Ich po prostu chce się słuchać dla samej przyjemności chłonięcia dźwięku. Dobre dialogi też można przecież odgrywać jak drewniany pieniek...

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja słyszałem jednak, że Fassbender jest w tym filmie wyjątkowo drewniany. Wprawdzie filmu nie oglądałem, ale z tego co wszyscy mówią wnioskuję, że jednak cała trójka zagrała przekonująco, bo psychiatrzy mówią z reguły spokojnie i płynnie, zaś wariaci raczej irytują swoim zachowaniem i sposobem mówienia :)

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga