poniedziałek, 21 listopada 2011

American Film Festival - podsumowanie

A oto i obiecane, krótkie podsumowanie wrocławskiego festiwalu plus linki do recenzji, o których wcześniej nie informowałem.


Choć zewsząd jesteśmy bombardowani popkulturą amerykańską, rzadko kiedy daje nam ona szansę wglądu w tamtejszą mentalność, okazję do zapoznania się z zachodnią kulturą bez tego często niefortunnego przedrostka, który obecnie definiuje niemal każdy produkt napływający zza oceanu – książkę, film czy komiks. Wrocławski festiwal stał się więc jedną z niepowtarzalnych okazji, aby na własne oczy przekonać się, czym żyje kino znajdujące się poza głównym nurtem, bowiem to właśnie niezależni reżyserzy jak Todd Solondz stanowią aktualnie o wyjątkowości amerykańskiej kinematografii, pogrążonej dzisiaj w odmętach blockbusterów. American Film Festival jest więc przedsięwzięciem o tyle istotnym, że prezentuje zapomniane przez multipleksy oblicze zachodniego filmu. Nie chodzi o to, żeby produkcje niezależne konkurowały z wielkimi, hollywoodzkimi projektami, ale z nimi współistniały – uwielbienie dla jednego nie wyklucza przecież sympatii dla drugiego.

Wszystkie stany kina

Filmem zamknięcia był w tym roku obraz Whita Stillmana "Damsels in Distress" – rozczarowująca komedia, której akcja rozgrywa się w środowisku studenckim; irytująca, zwyczajnie nieśmieszna, zaludniona przez antypatyczne postacie, choć na swój sposób wartościowa, bo osadzona głęboko w amerykańskim kontekście kulturowym. I można powiedzieć, że nawet wtedy, kiedy film nie spełniał pokładanych w nim oczekiwań, to i tak w pewien sposób przybliżał specyfikę bogatej, bo rozciągającej się na znaczną część globu, kultury amerykańskiej. Na przykład "Septien" Michaela Tully'ego, mimo fabularnych niedostatków, mógł zachwycić pejzażem Południa, choć pokazanym w krzywym zwierciadle, w niespotykanym ujęciu. Podobnie "Jack Goes Boating", czyli reżyserski debiut lubianego aktora Philipa Seymoura Hoffmana – choć korzysta z oklepanego schematu fabularnego i w gruncie rzeczy wyważa otwarte drzwi, doskonale wpasowuje się w model lubianego przez twórców niezależnych komediodramatu z outsiderem na pierwszym planie, gdyż Hoffman udanie zabawił się portretem charakterologicznym swojego bohatera. Amerykańską kulturę eksplorują także tamtejsi dokumentaliści – za sprawą świetnego "American Grindhouse" część publiczności zdała sobie sprawę z istnienia kinowego rynsztoka, filmów złych, że aż zgrzytają zęby, nurtu zwanego exploitation (reżyserzy "eksploatowali" kontrowersyjne tematy na rzecz taniej sensacji) będącego nieodłączną częścią amerykańskiej tożsamości.

Dalszy ciąg w portalu Onet.pl. Tam przeczytacie również recenzje filmów "American Grindhouse", "Zeszłej nocy", "Jack Goes Boating", "Septien" oraz kilku innych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga