piątek, 18 listopada 2011

American Film Festival na półmetku

Trzy dni imprezy za nami, trzy dni przed nami. W poniedziałek zamieszczę relację z American Film Festival, a tymczasem wklejam fragmenty kilku recenzji festiwalowych filmów. Ponadto możecie się spodziewać tekstów o "Septien", "Jack Goes Boating", "American Grindhouse" i "Zeszłej nocy". Na bieżąco z AFF jestem na fanpage'u bloga w serwisie Facebook.


Blue Valentine

Na amerykańskich plakatach "Blue Valentine" widnieje dopisek "a love story". A jednak po obejrzeniu filmu można pomyśleć, że to jedynie sarkastyczna uwaga, bowiem większość historii miłosnych kończy się słowami "żyli długo i szczęśliwie", a ta dopiero w tym miejscu się zaczyna.

Gdyby jednak rozpatrzeć "Blue Valentine" w kontekście opowieści romantycznej, okaże się, że Derek Cianfrance stawia wcale słuszną, choć na wskroś pesymistyczną tezę, iż miłość to pojęcie wielowymiarowe i złożone, poza bielą mieniące się też i odcieniami szarości, a nawet czerni. Pokazany przez niego po mistrzowsku związek dwojga ludzi to wschód i zmierzch miłości, eksplozja uczuć i zmęczenie nienawiścią, rozkwit pożądania i zobojętnienie. Ten opozycyjny dualizm wyrażony jest także w formie – przeszłość i teraźniejszość stale się przeplatają, tworząc w ten sposób pełny obraz wypalającej się stopniowo miłości.

Dalszy ciąg recenzji w portalu Onet.pl.

Czerwony stan

Kevin Smith, amerykański prześmiewca, jedna z ikon amerykańskiego filmu niezależnego i żywy dowód międzynarodowego sukcesu kina własnej roboty, zdecydował się sięgnąć po konwencję zapewne mu bliską, acz do tej pory przez niego niewykorzystywaną. Smith próbuje przedefiniować siebie jako artystę.

"Czerwony stan" zaczyna się bowiem niczym rasowy horror – trzech spragnionych seksu nastolatków jedzie za miasto na zaplanowaną za pośrednictwem Internetu randkę w ciemno. Oczekiwana przez nich z wytęsknieniem wielbicielka mocnych wrażeń okazuje się jednak członkinią fundamentalistycznego ugrupowania religijnego pod wodzą psychopatycznego kaznodziei Coopera. Chłopcy zostają uprowadzeni i zamknięci. A więc punkt wyjścia przypomina ten z wielu obrazów grozy spod znaku torture porn – atmosferę budują dosłowne sceny przemocy, kiedy trzódka opętanego, samozwańczego kapłana znęca się i zabija pojmanego wcześniej homoseksualistę.

Kevin Smith świetnie prowadzi narrację, "Czerwony stan" nie gubi tempa nawet podczas długiej, trwającej bodajże kwadrans, sceny monologu Coopera, który przed dokonanym mordem wygłasza przesiąknięte nienawiścią kazanie. I to właśnie Michael Parks, który wcielił się w szalonego guru, wykreował jedną z nielicznych, naprawdę przekonujących w filmie ról.

Dalszy ciąg recenzji w portalu Onet.pl.

Opowieści z bezsennych nocy

Jonas Mekas, ojciec chrzestny amerykańskiej awangardy filmowej, mimo leciwego już wieku z energią i humorem młodzieniaszka podczas bezsennych nocy rejestruje swoje wypady z mieszkania na Brooklynie.

Dziennik wideo prowadzony przez Mekasa to zapis zwyczajnych czynności i rozmów z napotkanymi przez niego ludźmi. Kiedy po raz pierwszy reżyser włącza trzymaną przez siebie ręczną kamerę, jest sam wśród mnóstwa stojących wokół niego kartonów, w których kryje się jego dobytek – to ślad niedawnej, kolejnej już przeprowadzki. Najpierw kieruje kamerę na siebie, lecz po chwili staje się jasne, że chętnych do opowiedzenia swojej historii przed szklanym obiektywem nie brakuje. Dlatego też Mekas może swoje dzieło śmiało określać mianem współczesnej wersji „Opowieści tysiąca i jednej nocy” – każdy człowiek to osobna, oryginalna, żywa i nieodmiennie fascynująca historia. A przynajmniej w teorii.

Dalszy ciąg recenzji w portalu Onet.pl.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga