poniedziałek, 10 października 2011

Remake dziki, remake zły

Ostatnio sporo mówi się o kryzysie w Hollywood - że nie ma już nowych pomysłów, że filmy wtórne, że coś tam. No i sam David Cronenberg zapowiedział realizację nowej wersji swojej "Muchy". A więc dzisiaj o remake'ach.


Remake to zło. Wie o tym każdy przedszkolak, sprzedawczyni z pobliskiego sklepu, brodaty pan spod budki z piwem i profesor na uniwersytecie. Remake to skok na kasę, gwałt na intelekcie widza, lepka łapa spoconego producenta filmowego chwytająca nasze portfele. Remake to spersonifikowany grzech lenistwa, koszmar kinomana, niszczyciel celuloidowych legend. Remake to pożeracz światów, deprawator nieletnich, uwodziciel dziewic.

Torsje, odruchy wymiotne, zimne poty i kompulsywne obgryzanie paznokci - oto reakcja sporej części kinomaniaków na wieść o kolejnej przeróbce ich ukochanego, lubianego, a nawet znienawidzonego dzieła. Na pierwszy rzut oka nic w tym dziwnego, w końcu odbiorem sztuki filmowej rządzi w dużej mierze sentyment, więc seans pamiętany z dzieciństwa, studenckich imprez, tudzież romantycznych wieczorów broni się wściekle przed przewartościowaniem. Oczywiście nie można zrzucić remake'owej traumy tylko i wyłącznie na karb bagażu miłych wspomnień, byłoby to i nieprawdziwe, i bezzasadne. Przecież wśród filmowej braci znajdzie się wielu takich, którzy już wychodząc z kina wiedzą, że zetknęli się z dziełem totalnym jak holenderski futbol, czują jakby reżysera znali od lat, jakby ostatnie dwie czy trzy godziny spędzili z nim przy wspólnym stole, jeszcze szron na półlitrówce nie stopniał. Oni także nie chcą widzieć tego epokowego dzieła sprofanowanego, oplutego, zdeptanego przez amerykański biznes z ostatniego kręgu piekła zwanego Hollywood. Pewnie, nie tylko nasi wierni sojusznicy w boju remake'i kręcą, ale to na nich spada najwięcej gromów. Za nimi więc trzeba nam się ująć, to oni są maluczcy i pokrzywdzeni w tej bezkrwawej bitwie o dusze, o nich mówi się "lenie", "złodzieje", "malwersanci", "masoni"! Kto gotów więc naciąć wiernym kozikiem, harcerską finką czy nożem z babcinej zastawy swój serdeczny palec i własną krwią wypisać na ścianie słowa: "remake jest dobry", "remake jest potrzebny"? Auć, troszkę bolało.

Remake czyli va banque

Ponoć pierwsza zasada stojąca za remakem brzmi: robimy to dla kasy. I trudno właściwie polemizować, wszak żadna wytwórnia nie jest instytucją charytatywną, nie da reżyserowi grubych milionów na gębę i nie poklepie współczująco po plecach, gdy film okaże się finansową klapą. Sęk w tym, że lwia część tytułów pokazywanych w multipleksach kieruje się właśnie chęcią zysku, nic dziwnego i zdrożnego, prawa wolnego rynku, ot co. Nie fair jest wobec tego wystosowywanie zarzutu, jakoby to tylko remake był maszynką do robienia pieniędzy, za której korbę kręcimy my, naiwniacy, dający się nabrać i kupujący bilety. Decydując się na jakikolwiek seans, przelewamy kilka złotych na konto mitycznego pana Smitha, który zasiada za mahoniowym biurkiem w Kalifornii. Można zapewne oddać się bezowocnej dyskusji, kto jest bardziej łasy na nasze ciężko zarobione złocisze, a kto mniej; który film niesie ze sobą życiowe wartości i ponadczasowe morały, i wart jest naszej krwawicy, a który tylko żeruje jak sęp na tym, co zostało na dnie porośniętej pajęczyną portmonetki. Nie ma to i tak najmniejszego znaczenia z co najmniej jednego powodu - sami wybieramy nasze filmy. Nikt nas wołami na remake nie ciągnie. Specsłużby nie zapukają w środku nocy z pytaniem, czy widzieliśmy ostatni wyczyn Fabryki Snów. Co nie oznacza, iż powinniśmy zamilknąć i godzić się na wszystko, co serwują nam kina, choćby to był taki chłam, że aż zęby trzeszczą. Dobrze, że nie przystajemy na remake, jeśli czujemy, że nie to nam w duszy gra i przeciwni jesteśmy takiej praktyce. Szkoda jedynie, że często krzywdzące opinie na temat całego fenomenu wygłaszane są zanim delikwent zapozna się ze zjawiskiem jako takim i jego zdanie bazuje jedynie na kilku przypadkowo obejrzanych tytułach. Teraz następuje apel treści następującej: dajmy remake'owi szansę.

Na tapczanie siedzi leń, rimejkuje cały dzień

Remake często służy jako pryzmat, przez który wystawiana jest cenzurka amerykańskiej kinematografii w ogóle. Bo przecież ci otyli, tępi mcdonaldyści tak przyzwyczaili się do wygód wszelakich, że nie chce już im się nawet scenariuszy wymyślać, cudzy przecież łatwiej wyrwać z korzeniami i zasadzić u siebie. Zdajemy się jednak pomijać fakt, że remake stanowi jedynie odsetek produkcji filmowej w Stanach Zjednoczonych, a na zachodniej półkuli nadal powstaje mnóstwo tytułów świeżych i nietuzinkowych. Nie oznacza to tym samym, że remake musi świecić światłem odbitym od obrazów, na bazie których został stworzony, albo kryć się w cieniu pozycji zrodzonych ze scenariusza oryginalnego. Remake nie musi, choć może, być synonimem słowa "kalka", lecz wiele przeróbek zachwyca nakładem włożonej w nie, przyzwoitej roboty. I nawet jeśli odświeżona wersja starego hitu nie dorasta oryginałowi do pięt, nie jest to tożsame z tym, że nie warto remake'u oglądać - nadal może przecież okazać się on po prostu dobrym filmem. Nie ma też co panikować, jeśli tak się nie stanie i drzeć wniebogłosy, że dwóch takich z Holiłudu zszargało legendę i opluło nagrobek jakiegoś przerażającego horroru z lat osiemdziesiątych czy największego dramatu społecznego ostatnich lat. Zawsze można przecież o seansie zapomnieć i sięgnąć po starą, lubianą wersję. Remake nie działa jak nowe systemy operacyjne Microsoftu - jeśli nie zmienisz Windowsa, zostaniesz w tyle. Remake nie zastępuje wysłużonego pudełka z kasetą VHS czy płytą DVD, on stara się być godnym partnerem dla naszego faworyta. Remake może dać nową perspektywę percepcyjną, rzucić nowe światło na podejmowany temat, dostosowując go do mentalności widza współczesnego, czy też, wreszcie - zapewnić znakomitą rozrywkę.

Z ziemi japońskiej, szwedzkiej, francuskiej... do amerykańskiej

Pomijając kwestie finansowe, istnieje całe mnóstwo powodów, dla których remake jest kręcony. Być może sam reżyser jest fanem wcześniejszej wersji i chciałby zmierzyć się z jej materią. Może warto wprowadzić unikalny świat wielkiego dokonania kinematografii w nową dekadę. A może pomysł jest na tyle nośny, że warto przeszczepić go na grunt innej kultury i mentalności. Słysząc "nowy amerykański remake", często przed oczyma wyobraźni staje kolejna azjatycka demona czy europejska stwora w zmienionym makijażu. Faktycznie, horror w szczególności upodobał sobie te filmowe pożyczki, lecz wynika to bardziej ze specyfiki gatunku, niźli samego zjawiska remake'owania. Choć spora część tych filmów zatraca swoją tożsamość w naprędce zrealizowanym przez Hollywood projekcie, który przynieść ma szybki zysk często korzystając z tego, że zagraniczna wersja danego filmu nie była grana w tamtejszych kinach (jak to było choćby w przypadku hiszpańskiego "[REC]") dla widza amerykańskiego może być interesującym (i inspirującym) doświadczeniem, zetknięciem z wcale niezgorszą fabułą. A i dla tych spośród nas, którzy znają oryginalną wersję, obejrzenie remake'u może przynieść ciekawą refleksję na temat kultury amerykańskiej i jej fenomenalnej wręcz umiejętności adaptacji. Remake nie jest przecież zjawiskiem nowym, które zrodziło się w ostatniej dekadzie, wytwórnie importują interesujące i intrygujące scenariusze od lat, nierzadko obalając kulturowe bariery. Można się spierać, zresztą nie bez słuszności, że "Siedmiu wspaniałych"  nie dorównuje "Siedmiu samurajom" , "Bracia"  Jima Sheridana nie poruszają jak oryginał Susanne Bier, a "Dark Water"  nie ma w sobie grozy pierwowzoru. Koniecznie trzeba wziąć więc poprawkę na coś, w co nam, przeświadczonym o intelektualnej wyższości nad ludem zza oceanu, trudno uwierzyć - dla przeciętnego Amerykanina europejskie czy azjatyckie realia są nieodmiennie odlegle, trudno więc zarobić nawet na komercyjnym kinie obcego pochodzenia, remake się po prostu opłaca.

Rererererereimaginacja

Remake działa też, a może nawet i częściej, jako zjawisko wewnątrzkulturowe. Amerykanie, bardzo zresztą przywiązani do swojego dziedzictwa, chętnie eksploatują pomysły wcześniej wykorzystane przez swoich rodaków, wracają do dawnych hitów, przerabiają nieudane produkcje - do tego z całkiem niezłym skutkiem. W szczególności wielbiciele różnorakich maszkar i stworów z innych galaktyk mogą mieć powód do radości - i to nie przypadkowo. Nieustający rozwój technologiczny sprawia, że popyt na widowiskowe spektakle nie maleje i zarówno klasyki, jak i tandeciarskie produkcje kina rozrywkowego spod znaku horroru znajdują kolejnych amatorów chętnych na ożywienie celuloidowego trupa i wystawienie go w miejskim kinie czy domu kultury. Co ważniejsze, istnieje jeszcze większa rzesza tych, którzy chętnie zapłacą i pójdą takie pokolorowane wykopalisko obejrzeć, nawet jeśli chodzi tylko o dowiedzenie słuszności postawy typu "a nie mówiłem" i przekonaniu się, że zakpiono z jakiegoś legendarnego utworu. Miłośnicy grozy to grupa specyficzna - wyjątkowo nieprzejednana, przywiązana mocną nicią sentymentu do wielbionych filmów i tasiemcowych serii, i być może to właśnie dla nich stworzono pojęcie reboot, za którym, jeśli wierzyć producentom, nie kryje się zwyczajny remake, ale reinterpretacja. Przewartościowując horrorowy mit, reżyserzy usiłują dostosować cykl do potrzeb młodej widowni, której zwyczajnie nie chce się odgrzebywać staroci, gdzie króluje plastik i guma, a ich pomysłem na spędzenie wolnego czasu jest wizyta w multipleksie. A starzy wyjadacze film i tak obejrzą, choćby z obowiązku.

Reboot jest swoistym restartem, przeniesieniem znanej z danego tytułu rzeczywistości w XXI wiek (co praktykuje się od dawna choćby w świecie komiksu), lecz nie jest jedynym sposobem na zremake'owanie samego remake'a. Ba, istnieje ich niezliczenie wiele. Można go nakręcić, kopiując film niemal klatka po klatce, można połączyć kilka tytułów w jeden, można jedynie zapożyczyć tytuł. Wszystkie chwyty dozwolone. Żadna metoda nie skreśla jednak ani nowo powstających remake'ów, ani całego zjawiska. Bo remake zły nie jest. Może i szczerzy kły, często gryzie po rękach, drapie meble i załatwia się do butów. Ale koniec końców, wszyscy czekamy, aż położy się wygodnie w nogach naszej kanapy i da się pogłaskać.

Tekst ukazał się przed rokiem na Stopklatce.

P.S. Na Onecie możecie też przejrzeć opracowane przeze mnie zestawienie nadchodzących remake'ów - w formie jednolitego tekstu albo z bajerami.


4 komentarze:

  1. Ironia polega na tym, że jedne z najlepszych horrorów w historii kina ("Coś" Carpentera i właśnie "Mucha" Cronenberga) to właśnie remake'i, rebooty czy też reigaminacje. Jak zwał, tak zwał.

    OdpowiedzUsuń
  2. Reimaginacje miało być ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dlatego nie tępię remake'ów - mój tekst miał w założeniu ocieplić ich wizerunek :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja jakoś nie przepadam za remake'ami, choć nie wykluczam, że mogą być dobre. Niemniej jednak po co drugi czy trzeci raz robić ten sam film?

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga