wtorek, 25 października 2011

London Film Festival: "Trishna"

I już niemal ostatni tekst festiwalowy. W tym tygodniu będzie jeszcze relacja podsumowująca całość i kilka słów o "Niebezpiecznej metodzie".


Michael Winterbottom już po raz trzeci sięga po prozę Thomasa Hardy’ego. Po "Judzie nieznanym" i "Burmistrzu Casterbridge’u" interpretuje "Tessę d’Urberville", przenosząc akcję powieści z dziewiętnastowiecznej Anglii do współczesnych Indii. Nie bez powodu. Brytyjskiemu reżyserowi klasyczna adaptacja w kostiumie wiktoriańskim nie odpowiadała, gdyż, jak sam twierdzi, niosła ze sobą ryzyko powierzchownego odczytania. Michael Winterbottom obawiał się nostalgicznego westchnienia widza wpatrzonego w krajobrazy wiejskiego Wessex. Decyzja osadzenia filmu w Indiach podyktowana była również panującymi tam stosunkami społecznymi, przypominającymi pod wieloma względami te z czasów Hardy’ego, co pozwoliło na wiarygodne zobrazowanie historii kobiety zniszczonej przez miłość i bezlitosne normy kulturowe.

Zaczyna się jak w romansie – młoda dziewczyna wywodząca się z indyjskiej biedoty poznaje bogatego turystę; Brytyjczyka, ale pochodzenia hinduskiego. Uczucie przychodzi szybko i żarliwie, podkreślane przez subtelne, sensualne kadry, fizyczne pożądanie współistnieje z czysto duchową fascynacją. Trishna jedzie za ukochanym do miasta, pracować w hotelu, którym mężczyzna zarządza. Nie sposób jednak uciec od społecznej presji i panującej w kraju hierarchii, młodych dzieli zbyt wielka różnica statusu majątkowego. Zdaje się, że znajdą upragnione szczęście w Bombaju, gdzie postępująca industrializacja poluźniła już nieco zakorzenione w tamtejszej tradycji więzy krępujące stosunki damsko-męskie, ale to love story nie znajduje szczęśliwego zakończenia.

Dalszy ciąg w portalu Onet.pl.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga