czwartek, 27 października 2011

London Film Festival: podsumowanie

No i przyszła pora na kilka subiektywnych słów na temat tegorocznego London Film Festival.


Dzisiejszym pokazem filmu "The Deep Blue Sea" kończy się 55. BFI London Film Festival. Impreza to interesująca, bo syntetyczna, skupiająca wszystko, czym wcześniej zachwycali się widzowie w Cannes, Wenecji czy Toronto. Ten imponujący różnorodnością repertuaru festiwal festiwali to nie tylko przegląd murowanych hitów, ale także panorama filmu brytyjskiego, odkryć francuskiej kinematografii czy przebojów zza oceanu.

Bezpośrednim powodem powstania London Film Festival była chęć przybliżenia brytyjskim widzom filmów, które nie trafiły na Wyspach do szerokiej dystrybucji, a które zdobyły zasłużone laury na europejskich imprezach. Innymi słowy – w stolicy Anglii pozazdroszczono Francuzom czy Włochom. Pierwotna formuła festiwalu została poniekąd zachowana, co okazało się w rękach organizatorów bronią obosieczną – jasne jeszcze przed rozpoczęciem pokazów było, co jest hitem, a co kitem, więc oblegano tłumnie filmy cieszące się już uznaniem, a mniej znane produkcje zwyczajnie omijano.

Jeśli hit, to muszą mówić w nim po angielsku

To nie do końca prawda, ale faktem jest, że londyńczykom do gustu najbardziej przypadły produkcje z anglosaskiego kręgu kulturowego. Niekwestionowaną gwiazdą imprezy był George Clooney; pokazano dwa filmy z jego udziałem, w tym jeden przez niego wyreżyserowany. "Idy marcowe", bo o tym obrazie mowa, okazał się wszystkim tym, czym obiecywano, że będzie – trzymającym w napięciu thrillerem, do tego dostatecznie wyabstrahowanym z konkretnego kontekstu politycznego, by być zrozumiałym i dla europejskiego widza, niezaznajomionego z amerykańskim systemem wyborczym. Nie zawiódł też Roman Polański i jego "Rzeź" pokazana w sekcji kina światowego, choć tutaj sprawiedliwość oddać trzeba odtwórcom głównych ról, bo ta ich swoista aktorska etiuda stanowi o wielkości dzieła mówiącego tak wiele o ludzkiej naturze, obnażonej po odrzuceniu społecznych konwenansów. Oba wspomniane filmy zostały oparte na sztukach teatralnych i może się wydawać, że to tendencja obecnie dla kina symptomatyczna, gdyż kilka innych obrazów z sekcji "Galas and Special Screenings" (skupiającej największe przeboje festiwalowe) również bazuje na materiale scenicznym – jak chociażby dyskusyjny "Koriolan" Ralpha Fiennesa, zagrany ze zbytnią egzaltacją, choć przy jednoczesnym kinowym rozmachu; oraz "Niebezpieczna metoda" Davida Cronenberga, rzecz o Carlu Gustawie Jungu, wybitnym psychiatrze uwikłanym w romans z byłą pacjentką. W tym drugim przypadku materiał literacki przysłużył się filmowi bardziej, gdyż dialogi napisane przez Christophera Hamptona to cięte riposty i stymulujące intelektualne dysputy. Nie przekonuje jedynie przyjęty przez Cronenberga styl, aż nazbyt zachowawczy i uładzony, jakby nie pasujący do profilu kanadyjskiego reżysera. Za to z potyczki z materiałem źródłowym, tym razem powieściowym, wyszedł zwycięsko Michael Winterbottom w "Trishnie", odważnej przeróbce dzieła Thomasa Hardy'ego "Tessa d'Urberville", osadzonej we współczesnych Indiach, zastępujących wiktoriańską Anglię. Ale prawdziwą rewelacją, i kto wie, czy nie najciekawszym filmem pokazanym w omawianej sekcji, był "Musimy porozmawiać o Kevinie" z Tildą Swinton i Johnem C. Reillym. To znakomita, pozbawiona niepotrzebnego moralizatorstwa i pretensjonalnej analizy, nakręcona w brawurowy sposób historia nastoletniego psychopaty. Autorka filmu, zresztą także będącego adaptacją literatury, nie podsuwa żadnych prostych odpowiedzi na dziesiątki pytań, które zadaje.
Dalszy ciąg w portalu Onet.pl.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga