piątek, 7 października 2011

"Kat shoguna" - recenzja i konkurs!

Może dziwić, że dzisiaj do kin wchodzi doskonałe "Rozstanie", a ja piszę o niedawnej premierze DVD. Uspokajam - o filmie Farhadiego jeszcze będzie, a tymczasem zapraszam do lektury recenzji "Kata shoguna" oraz wzięcia udziału w konkursie.


Macha mieczem i pozbawia swoje ofiary głów!!! – tak mniej więcej brzmiał oryginalny tagline „Kata shoguna”, a co złośliwsi twierdzą, że proces montowania filmu przebiegał podobnie; ktoś machnął ręką, coś tam wyciął, coś przykleił i mamy grindhouse'owy hit, koszmar cenzorów z BBFC. Oparty na słynnym, publikowanym także i u nas, komiksie duetu Koike/Kojima „Samotny wilk i szczenię”, który w rodzimej Japonii doczekał się aż sześciu filmowych adaptacji, zasłynął swojego czasu jako jeden z szeregu filmów zakazanych w Wielkiej Brytanii. Do powstania tego dziwacznego dzieła doszło, kiedy Robby Houston wraz z kumplem, Davidem Weismanem, kupili prawa do dwóch obrazów z serii, wyciągnęli kilkanaście minut z pierwszego, resztę z drugiego, poszatkowali, zdubbingowali, rozpisali nową fabułę i odwalili kawał celuloidowego recyclingu.

Kiedyś, gdy jeszcze domowy internet był jedynie mrzonką, słyszało się opinie, że „Kat shoguna” to jedynie zlepek scen gore, przypadkowo powyciąganych z japońskich oryginałów, nie stanowiący spójnej całości, lecz prawda jest nieco inna. Faktycznie, nie brakuje chlastania kataną, krew sika groteskowo, a ogolone, samurajskie głowy pod naporem ostrza pękają jak arbuzy, lecz fabuła jest istotnie obecna, choć zdawkowa. No cóż, trudno jest utrzymać jakąkolwiek dyscyplinę reżyserską, kiedy tworzy się film z gotowych półproduktów. Ciekawym zabiegiem jest więc narracja z offu, która ma za zadanie nadać nieco sensu temu, co widać na ekranie – spoza kadru dopowiada i komentuje syn głównego bohatera, Daigoro. I tak wykluczony z klanu wojownik przemierza japońskie góry i lasy, po drodze chlastając przeciwników niemiłosiernie. Zaskakujący, kreskówkowy klimat przemieszany jest z rozumianą po cormanowskiemu poetyką Kraju Kwitnącej Wiśni i przerysowaną brutalnością. Tym samym „Kat shoguna” staje się widowiskiem niespotykanym, które zobaczyć po prostu trzeba. To esencja jidaigeki klasy B, do tego posiadająca, z uwagi na swój pozafilmowy kontekst, dla wielu zapewne wątpliwy, walor kina eksploatacyjnego.

Warto dodać, że wydana u nas na DVD wersja filmu jest nieocenzurowana i zremasterowana. Dzięki uprzejmości dystrybutora 9th Plan, płytka z "Katem shoguna" może trafić do Ciebie - wystarczy napisać do mnie maila (adres widoczny w boksie po prawej) i w maksymalnie stu słowach opowiedzieć o swoim ulubionym filmie samurajskim. Konkurs trwa do 13.10.2011. Wyniki zamieszczę na fanpage'u bloga na Facebooku.

1 komentarz:

  1. Ha! Właśnie jestem po seansie. Trzeba przyznać, że robi wrażenie. Film absolutnie śliczny i absurdalny, z maksymalnie przerysowanymi walkami, komiksową przesadą i urokliwym dubbingiem, dzięki któremu gł. bohater ma więcej charyzmy i testosteronu niż Dirty Harry i Rambo razem wzięci. Samurajscy puryści zapewne dostaną czkawki, ale mnie się podobało :)

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga