sobota, 29 października 2011

"Elitarni - Ostatnie starcie" i "Epidemia strachu" w kinach

W tym tygodniu kilka ciekawych premier. Sam nadal nadrabiam zaległości, których mi się trochę uzbierało podczas pobytu w Londynie (wczoraj obejrzałem "Dom snów" - niestety, druga połowa filmu to kompletny absurd, który przekreśla całość), ale sequel "Elitarnych" udało mi się obejrzeć na festiwalu już jakiś czas temu, więc mogłem napisać recenzję dla "Dziennika". Poza tym wklejam też tekst okołofilmowy z okazji premiery "Epidemii strachu" Soderbergha.


Już przed kilkoma laty, kiedy "Elitarnych" Padilhi nagrodzono Złotym Niedźwiedziem w Berlinie, można było wykoncypować, że w przyszłości brazylijski reżyser będzie walczył o Oscara. Sequel jego nieprzeciętnego filmu z 2008 r. jest bodaj jednym z najpoważniejszych pretendentów do tytułu najlepszego filmu zagranicznego według amerykańskiej Akademii.

Fabularnie "Elitarni – ostatnie starcie" nie odbiegają znacznie od tego, co widzieliśmy w części pierwszej. Pułkownik Nascimento nadal depcze po piętach skorumpowanym kolegom po fachu i watażkom miejscowych gangów. Nadal efektywnym rozwiązaniem wydaje się kula w środek czoła. Nadal mundur i pistolet rządzą w Rio, choć policja, wbrew swojemu powołaniu, stoi po obu stronach barykady – zresztą angielski podtytuł filmu brzmi "enemy within" (wróg wewnętrzny). Nascimento po wieloletnich zmaganiach z plugastwem toczącym brazylijskie ulice dochodzi do zatrważającego wniosku – jego działania już dawno przejrzeli na wylot kupieni przez kryminalistów zwierzchnicy. Każda jego próba przeciwstawienia się zepsutemu systemowi spełza na niczym, aż wreszcie zostaje odsunięty w cień, posadzony przy biurku.

Dalszy ciąg recenzji na stronie "Dziennika".


Roboczo da się podzielić kino katastroficzne na dwie grupy, zależnie od obszaru rażenia nieszczęścia, które dotyka filmowy świat. Albo płonie budynek ze stali i szkła, a w samolocie wysiadają silniki (zagrożenie lokalne), albo w Ziemię uderzyć ma asteroida, czy też sprzysięgną się przeciw niej żywioły (zagrożenie globalne). Gdyby na kartce papieru zrobić adekwatny wykres, na którego końcach widniałyby wymienione kategorie, pewnie i znalazłoby się miejsce na coś pośrodku.

Dowodzi to jedynie, że Steven Soderbergh wkracza na niepewny grunt, flirtując w „Contagion - Epidemii strachu” z tego typu kinem. Decyzja to ryzykowna, bowiem po wysypie filmów katastroficznych w latach siedemdziesiątych („Płonący wieżowiec”, „Port lotniczy”, „Tragedia Posejdona”) oraz o dwadzieścia lat późniejszej rewolucji, umożliwionej przez coraz doskonalszą technologię, za pomocą której kreuje się widowiskowy spektakl („Góra Dantego”, „Armagedon”, „Tunel”), mniemać wolno, że w temacie nie pozostało do powiedzenia wiele.

Ale oto amerykański reżyser znalazł, jeśli wierzyć napływającym zza zachodniej granicy recenzjom, złoty środek – postawił nie na efekciarstwo, będące swoistym fundamentem popularnego kina katastroficznego spod znaku Rolanda Emmericha, ale na realizm.

Dalszy ciąg w portalufilmowym.pl.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga