poniedziałek, 12 września 2011

Zwierzęta atakują! - kilka słów o animal attack + Your Movie Sucks! Rozmawiamy o "Nocy Rekinów 3D"

"Noc rekinów 3D" już w kinach. Obejrzeć niestety nie warto, bo dziełko to słabowite bardzo (w "Filmie" oceniłem na 2/6, a notę swoją usprawiedliwiam w rozmowie z Piotrkiem Plucińskim), lecz może zainspiruje kogoś do rzucenia okiem na kilka innych filmów reprezentujących nurt animal attack. Z okazji tej premiery napisałem tekst dla portalu Filmweb traktujący o krokodylach, rekinach, aligatorach, tygrysach i innych ludojadach.


Dzisiaj na ekrany wchodzi "Noc rekinów 3D" – próba powtórzenia sukcesu trójwymiarowej "Piranii" sprzed roku. Recenzje nie są przychylne, ale przecież krytyka nigdy nie zwykła klękać przed kinem spod znaku animal attack. Tak czy inaczej, nowa technologia wydaje się stworzona dla horrorów, w których aligatory co rusz obnażają przed kamerą zęby, ptaki wydziobują ludziom oczy, a niedźwiedzie szlachtują małe dzieci pazurami.

Podobno dla planie "Nocy rekinów 3D" wylano litry czerwonej farby, a zwiastuny filmu każą nam nauczyć się pływać we krwi. Reklamom zazwyczaj nie ma co ufać i choć nie warto skreślać filmu już teraz, można bezpiecznie założyć, że "Szczękom" nie dorówna. Bo dzieło Stevena Spielberga było (i jest!) znaczące nie tylko z powodu swojej wartości jako filmu grozy, ale i z powodu szczególnego miejsca, jakie zajmuje w historii światowego kina. Rok 1975, kiedy weszła na ekrany ta zjawiskowa ekranizacja książki Petera Benchleya, uważa się za początek nowej ery – ery letnich blockbusterów. Dzisiaj pojęcie to zdewaluowało się zupełnie za sprawą wysokobudżetowej tandety zalewającej multipleksy, lecz wówczas tłumy drzwiami i oknami waliły na "Omen", "Gwiezdne wojny" czy właśnie "Szczęki", dziś uznawane za klasyki kina popularnego. Interesujący jest fakt, że swoją powieść Benchley oparł luźno na wydarzeniach prawdziwych – zapiskach o serii rekinich ataków na letników wypoczywających na plażach New Jersey w 1916 roku. Fakty posłużyły też za kanwę innego filmu z rekinami, "Ocean strachu". Tam z kolei opowiedziano dramatyczną historię pary pozostawionej przez nieuważną załogę łodzi na otwartych wodach, zainspirowaną dramatem małżeństwa Lonerganów, które zaginęło w 1998 roku nieopodal Wielkiej Rafy Koralowej. Dowodów na atak zwierzęcia nie było, więc nie ma co wierzyć w dokumentalną wartość filmu, ale chodziło przecież o sensacyjność spektaklu.

Pod powierzchnią

Wydaje się, że w ostatnich latach specjalistami od animal attack stali się Australijczycy. Prócz świetnego filmu Grega McLeana "Zabójca", traktującego o zmaganiach grupki uwięzionych na wysepce turystów z ogromnym krokodylem (dla którego modelem był faktycznie żyjący, słynący w latach siedemdziesiątych z notorycznych ataków na łodzie, australijski gigant o ksywce Sweetheart), w Polsce dystrybuowane były "Martwa rzeka" i "Rafa", pod którymi podpisał się Andrew Traucki. Pierwszy z filmów, również zainspirowany prawdziwymi wydarzeniami, ma bliźniaczo podobny punkt wyjścia, co wspomniane dzieło McLeana, i choć nakręcony został za mniejsze pieniądze, wcale mu nie ustępuje. Obu reżyserom udało się zrealizować widowisko nietuzinkowe, grające na napiętych jak postronki nerwach widza.

Dalszy ciąg tekstu w portalu Filmweb.

A na zachętę fragment wspomnianej dyskusji.

PP: Dystrybutor reklamuje „Noc rekinów” jako powtórkę z zeszłorocznej „Piranii”. To chyba niezbyt trafne porównanie…

BC: Niezbyt trafne, bo zabrakło tego, co stanowiło o sukcesie filmu Aji – humoru, hektolitrów krwi i golizny.

PP: No właśnie, David Ellis nakręcił strasznie poważny film, choć do dyspozycji miał cały alfabet wakacyjnego campu – nastolatki w bikini, rekiny w jeziorze (!), wybuchające łodzie i groteskową fabułę… Jak to mogło się nie udać?!

BC: Nie mam pojęcia, bo z tych składników każdy hollywoodzki wyrobnik skleciłby coś bardziej sensownego. A „Noc rekinów” nie jest nawet filmem poprawnym, lecz bardzo złym. Panny jakieś mało urodziwe, rekinów jak na lekarstwo, no i wyjątkowo głupie rozwiązania fabularne. O ile czegoś nie przespałem, to chodziło tam chyba o realizację filmu snuff…

PP: Tak, trójka prowincjonalnych obwiesiów wpuszcza do jeziora zgraję wygłodniałych rekinów z przymocowanymi kamerami, by powstały z tego materiał sprzedać do… telewizji. Ale jeśli na taśmach zarejestrowali tyle, co ja podczas seansu, to… Nie mam więcej pytań. Fabuła jest tu równie absurdalna, co patenty realizatorskie – przecież 3D, jak wiadomo, zaciemnia obraz, a większość filmu rozgrywa się w nocy.

BC: To prawda, przez większość czasu absolutnie nic nie widać. Dodając do tego, że spora część zdjęć to ujęcia podwodne, faktycznie można się poczuć jak podczas nurkowania w mulistym stawie. Zresztą nawet jakby rzecz działa się za dnia, to i tak film nie miałby wiele do zaoferowania, bo ataki rekinów, mające chyba stanowić gwóźdź programu, można zliczyć na palcach jednej ręki.

CZYTAJ CAŁOŚĆ


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga