poniedziałek, 19 września 2011

Z buciorami w trzeci wymiar

O obiecanym "Drive" jeszcze będzie, i to wcale niemało (tak, tak, jeden z pretendentów do miana filmu roku), ale tymczasem przypomnieć chciałem, że wrześniowe "Kino" jeszcze do kupienia. Prócz recenzji "Agnozji", w numerze znalazło się miejsce na mój artykuł na temat kina trójwymiarowego.


Trójwymiar w kinie nie jest zjawiskiem ani rewolucyjnym, ani nowym, aczkolwiek o innowacyjności i wadze rzeczonej technologii dyskutuje się dzisiaj sporo. Skrajni entuzjaści, by podeprzeć swoją argumentację, przywołują przykłady wprowadzenia do filmu dźwięku albo koloru, a sceptycy narzekają, że odwieczną bitwę pomiędzy treścią i formą zaczyna wygrywać ta druga. Dla producentów liczą się jednak zyski, a te nadal są wysokie, dlatego większość kinowych hitów albo kręcona jest w 3D, albo przerabiana w postprodukcji. Wynikiem tego widzowie zaczynają traktować trójwymiar jako standard, a nie wyjątek, więc efekt jako taki stracił wiele ze swojej świeżości, co, paradoksalnie, działa na korzyść odbiorców, bowiem trójwymiar sam w sobie nie przyciągnie już potencjalnej publiki. Wynikałoby z tego, że film musi obronić się również pod kątem treści, czemu zadają z kolei kłam ostatnie przeboje multipleksów, „Transformers 3” czy też „Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach” to filmy słabe, nieudane. Nie zapominajmy jednak, że odniosłyby one sukces nawet jeśli nakręcone zostałyby w technice tradycyjnej, dwuwymiarowej, gdyż zadziałała tutaj machina promocyjna, a nie atrakcyjność efektu. Przypomnijmy, że na ostatnim festiwalu Nowe Horyzonty we Wrocławiu „Pina” ściągnęła tłumy, a bilety rozeszły się błyskawicznie, choć oczywiście trzeba wziąć poprawkę, że film skierowano do publiczności wyspecjalizowanej, nie wiadomo, jak film Wendersa poradziłby sobie w multipleksach. Ale to przykłady skrajne, z efekciarską wydmuszką Michaela Baya na jednym biegunie i głośnym dziełem kina artystycznego na drugim. Technika 3D, jak już zostało powiedziane, staje się standardem, traci rangę ciekawostki, wtapia w kinową rzeczywistość, przez co stawiane jej wymagania stale rosną.

Quo Vadis, 3D?

Spekulacje odnośnie dalszych losów technologii trójwymiarowej zahaczają nawet o scenariusze rodem z filmów science-fiction, nieśmiało mówi się o hologramach, powstają sale kinowe przystosowane nie tylko do 3D, ale i 5D, gdzie operuje się, poza obrazem i dźwiękiem, także dotykiem i zapachem. Obecnie jednak specjaliści od trzeciego wymiaru koncentrują się na poprawieniu jakości odbioru filmów zrealizowanych w tej technice, nadal przecież dalekiej od doskonałości. Zresztą nie wszyscy są zadowoleni z nagłej ekspansji trójwymiarowości w kinach, nawet sam James Cameron przestrzega przed nadmiernym korzystaniem z efektu i piętnuje przerabianie płaskich filmów na 3D, twierdząc, zresztą nie bez słuszności, iż widzom dostarcza się w ten sposób półprodukt, który wypacza istotę efektu.

Dalszy ciąg w miesięczniku "Kino".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga