czwartek, 22 września 2011

Your Movie Rocks! Rozmawiamy o "Drive"

Bez zbędnych wstępów - z Piotrkiem Plucińskim, dziennikarzem i krytykiem filmowym, autorem bloga Off the Record, dyskutuję o jednej z najważniejszych premier tego roku.


BC: Od razu po seansie uznałeś "Drive" za film roku, a przecież to ponoć pełne pretensji widowisko, bazujące jedynie na tym, co już gdzieś kiedyś zostało zrobione, niewiele więcej niż stylistyczne ćwiczenie, pusta wydmuszka...

PP: Dziwią mnie takie opinie, na szczęście bardzo sporadyczne. Trzeba być naprawdę ślepym i głuchym na kino, by nie dostrzec odrębności "Drive". Ja nie mogłem spokojnie usiedzieć w fotelu.

BC: U mnie podobnie, opuściłem kino zachwycony. Już w pierwszej scenie, jeszcze przed napisami początkowymi, wiedziałem, że obcuję z czymś niezwykłym. Przecież ta nieśpieszna ucieczka przed policją to istny majstersztyk suspensu.

PP: No właśnie. Refn może i przetwarza to, co już gdzieś widzieliśmy, ale... robi to po mistrzowsku, ba - robi to po swojemu. Zupełnie nie oglądając się na innych. To jego pierwszy film w Hollywood, a nie ma w nim właściwie żadnych lokalnych naleciałości - banalnego pastiszu, post-tarantinowskiego naśladownictwa...

BC: Siła filmu polega na bezbłędnym odtworzeniu i jednoczesnym przetworzeniu znajomego schematu fabularnego oraz specyficznej atmosfery dawnego kina sensacji - do tego bez żadnej ironii, ze śmiertelną wręcz powagą. Nareszcie nie ma "zabawy w kino", jest... prawdziwe kino.

PP: Każdy aspekt "Drive" jest muskularny, mocno przemyślany, a jednocześnie zaimplementowany tak, by nie kolidować z pozostałymi. Specjalistów od "zabawy..." mamy w Hollywood całe mnóstwo. Refn tymczasem pokazał, że nie tylko wybitnie zna się na filmowej materii, ale też potrafi za jej pomocą wyrazić konkretne emocje. To surowe, a jednak bardzo delikatne kino.

BC: I w całej swojej oszczędności wysublimowane. Przyjęte przez Refna rozwiązania formalne wcale przecież nie należą do specjalnie nowatorskich, ale jednak ich połączenie daje efekt w kinie dawno już niespotykany. Podoba mi się również to, że "Drive" to film w gruncie rzeczy głęboko osadzony w gatunkowej tradycji, nareszcie nie zachodzi potrzeba, by w recenzję wciskać przymiotnik "postmodernistyczny", co często oznacza "nie wiadomo jaki". Refn zrobił film bardzo przejrzysty i prosty w odbiorze.

PP: Co nie znaczy, że łatwy. "Drive" mimo wszystko wymaga zaangażowania i swego rodzaju otwartości na odważne rozwiązania formalne. Przykładowo, nie brakuje tu mocnej, bezkompromisowej przemocy, zintegrowanej z postacią głównego bohatera. Refn rysuje jego portret bardzo sugestywnymi obrazami. Tego, co czuje, częściej dowiadujemy się z kolejnych zbliżeń jego twarzy, rysujących się na niej emocji. Rzadko - z dialogów. Odkrywać tę postać, ten film, w taki sposób, to prawdziwa przyjemność!

BC: Ten konwersacyjny minimalizm jest perfekcyjny, słowa w scenariuszu chyba jakoś odmierzono, wyliczono według matematycznego wzorca. Bo i po co tutaj jakieś niekończące się dyskusje czy monologi? Refn mistrzowsko opowiada film właśnie obrazem.

PP: Nie jestem pewien, czy wpychanie "Drive" na matematyczną tablicę ma w ogóle sens. Bo, choć sam film jest zwarty, przemyślany do ostatniego kadru, nie ma w tym wyrachowania, nie ma tu wymuszonej precyzji. Refn ma lekką rękę, co w kinie hollywoodzkim jest dziś bardzo rzadko spotykane.

BC: Owszem, ma lekką rękę, lecz według mnie w "Drive" mało przypadkowości, a sporo wykalkulowania, ten film jest kokieteryjny. Zaznaczam jednak, że słowo "kalkulacja" nie ma w tym przypadku wydźwięku pejoratywnego!

PP: Kalkulacja ma zawsze wydźwięk pejoratywny! Mnie się po prostu wydaje, że Duńczyk wie, co robi. Czuje kino, uwodzi nas nim, a jednocześnie (czego dowodzą wywiady) nie czuje potrzeby, by głaskać go za to po głowie.

BC: Nie zgodzę się z Tobą - wykalkulowany znaczy tutaj starannie zaplanowany. "Drive" to kino zbyt perfekcyjne, by po prostu ot tak sobie mogło zostać nakręcone, to nie żywioł, a świadomie narzucona sobie dyscyplina decyduje o jego wielkości.

PP: Na pewno? Zgodzę się, że perfekcyjne są tu poszczególne elementy - zdjęcia, muzyka, feeling lat 80. Ale na wiele rzeczy Refn nie miał wpływu. Przykładowo, Ryan Gosling. Film zdaje się nie istnieć bez niego, choć początkowo jego rolę miał zagrać Hugh Jackman. Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Na moje oko, matematyka idzie tu w parze pewną przypadkowością. Parę razy odniosłem wrażenie, że "Drive" się zaraz wykolei, wpadnie w niewłaściwą nutę. Ale to się nigdy nie stało. Za to chyba lubię ten film najbardziej.

BC: Zdaję sobie sprawę, że wszystkiego nie dało rady spisać i rozpisać, że proces twórczy z definicji pełen jest czynników od autora niezależnych i sęk w tym, na ile uda mu się je oswoić i dostosować do własnej wizji. Powiedziałbym, że "Drive" jest filmem na krawędzi, Refna niby dzieli tylko krok od przepaści, a przecież stąpa pewnie i mocno. Dlatego mówiłem o pewnej kokieterii, ten film uwodzi, ale nie nachalnie, on nie każe nam się lubić. Może idę w złym kierunku, ale wydaje mi się, że to widz musi być skrojony pod "Drive", a nie "Drive" pod widza.

PP: Widz musi być przede wszystkim skrojony pod kino. Niekoniecznie to amerykańskie, gatunkowe, to z lat 80. Jego znajomość na pewno nie zaszkodzi, ale przecież "Drive" to także wysmakowany, pisany zakrzepłą (filmową!) krwią romans. Jeśli lubi się intensywność na ekranie, emocje, bezceremonialny power, trudno go nie poczuć. W przeciwnym wypadku... Cóż, tu wracamy do początku naszej rozmowy.

BC: A jednak to, o czym mówisz, nie jest wcale takie oczywiste, bowiem często kino aż nazbyt pochyla się nad widzem, wręcz pada przed nim na kolana, prosząc o uwagę. "Drive" przywraca wiarę w film, który nie wskakuje nikomu do łóżka.

PP: A zatem, film roku?

BC: Asekurancko odpowiem, że poczekam jeszcze do grudnia.


Jeśli powyższa dyskusja przypadła Wam do gustu, zapraszam do lektury tekstu mojego autorstwa na temat charyzmatycznych kierowców, który ukazał się w portalu Onet.pl.

4 komentarze:

  1. Panowie, czytałem z wypiekami na twarzy. "Drive" to kompletnie nie moja bajka, ale nie przeszkadza mi to, że inni mają swoje bajki. Tylko w jednej sprawie muszę zaprotestować. Piszecie, że trzeba być głuchym i ślepym, żeby nie rozkoszować się takim kinem jak "Drive". A nie przyszło Wam do głowy, że można mieć po prostu zupełnie inne oczekiwania odnośnie kina? Przede wszystkim niekoniecznie trzeba traktować kino jako źródło rozrywki. I niekoniecznie trzeba cieszyć się tą samą potrawą, nawet jeśli podana jest lepiej. Bardzo mnie rozbawiła Wasza opinia, że Drive nie jest "zabawą w kino". A czymże jest? Poważnym głosem w jakiejś sprawie? Filmem otwierającym oczy na jakieś problemy? Na jakie? Oczywiście, że "Drive" to kino rozrywkowe, można ewentualnie dyskutować, na ile pod tym względem oryginalne. Waszym zdaniem bardzo oryginalne, bo cieszy Was, że wszystkie po stokroć ograne motywy podano tu na nowo i w inny sposób. Może i tak, tylko skąd przeświadczenie, że w kinie (w tym również w kinie rozrywkowym) nie ma co liczyć na więcej niż żonglowanie schematami? Nie pokusiliście się o podanie żadnych przykładów z przeszłości, ale na pewno doskonale wiecie, że "Drive" bardzo mocno nawiązuje do kina klasy B (Gossling np. wydaje się w tym filmie łudząco podobny do Stallone z Cobry). Oczywiście w sensie realizacyjnym "Drive" jest dość oryginalny, ale nie przesadzajmy z tymi peanami. Refn może być wybitnym rzemieślnikiem, ale nie jest kolejnym wizjonerem kina, z tych samych powodów dla których nie są nimi Tarantino, czy bracia Coen. Teraz zresztą w ogóle jakieś takie czasy, że wizjonerzy się nie rodzą. Mam nadzieję, że to nie dlatego, że w kinie powiedziano już wszystko i pozostaje nam wpadać w zachwyt, gdy ktoś zrobi to trochę inaczej. Ja liczę na znacznie więcej. Pozdrawiam. doktor_pueblo

    OdpowiedzUsuń
  2. Trudno mi odnieść się do niektórych z Pana zarzutów, gdyż niemożliwe jest według mnie postawienie wyraźnej cezury pomiędzy kinem rozrywkowym a... no właśnie, jakim? Ambitnym? Artystycznym? Odrębność "Drive" została zaakcentowana nieprzypadkowo i podpisuję się pod tym, co powiedział Piotr - aby jej nie dostrzec, potrzeba sporo złej woli. Albo właśnie wspomnianego braku wrażliwości na kino jako takie, bo u Refna nie chodzi o żonglowanie motywami czy tkanie misternej sieci dosłownych cytatów i nawiązań (dlatego też nie przedstawię czegoś w rodzaju listy filmów, które zainspirowały "Drive", wydaje mi się to nonsensowne), ale o przemodelowanie chwytów i schematów charakterystycznych dla pewnych gatunków. Nie mam pojęcia, czemu Pana takie podejście do kina razi, wszak te same "grzechy" popełniali w swoim czasie Melville czy Peckinpah. Pozostając przy tym bezpretensjonalnymi twórcami kina, ekhm, rozrywkowego. Pozdrawiam, B.

    OdpowiedzUsuń
  3. Panie Bartku, a gdzie napisałem, że mnie takie podejście do kina razi? Ba, nie napisałem nawet, że Drive mi się nie podoba. I tak naprawdę to wcale nie chciałem wprowadzać rozróżnienia na kino rozrywkowe i ambitne (jeśli już, to zdecydowanie wolę podział kina na to robione z wewnętrznego przymusu serca i to robione dla pieniędzy). Nawiązywałem raczej do Waszego rozróżnienia na "zabawę w kino" i "prawdziwe kino", którego sensu do końca nie rozumiem.
    Ja nie mam nic przeciwko kinu "rozrywkowemu", tak więc, szczerze powiedziawszy, polemizuje Pan nieco z tezą, którą sam mi Pan włożył w usta. Powodem mojej riposty była jedynie chęć zaprotestowania przeciwko Waszemu radykalizmowi (a może szantażowi?), że jak ktoś nie kocha "Drive" to jest pełen "złej woli", albo, jak Pan to ładnie ujął, charakteryzuje się "brakiem wrażliwości na kino jako takie". Słodko :) Uspokaja mnie trochę to, że jestem w zacnym gronie, bo poczytałem sobie już trochę różnych filmowych podsumowań roku i wychodzi na to, że na świecie pełno jest osób niewrażliwych kino. A już w ogóle bardzo dużo ich wśród profesjonalnych krytyków filmowych :) Pozdrawiam. Paweł (doktor_pueblo)

    OdpowiedzUsuń
  4. Panie Pawle, nie było moim zamiarem przekonanie Pana, że "Drive" trzeba kochać, i nie podzielam sformułowanej między wierszami tezy, jakobym zmuszał widza do zachwycenia się filmem Refna. Pragnąłem jedynie zaakcentować, iż "Drive" jest sporym wydarzeniem repertuarowym i tego może nie tyle nie wolno, co nie da się zignorować.

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga