niedziela, 4 września 2011

Your Movie Rocks... and Sucks! - rozmawiamy o "Postrachu nocy"

Dzisiaj kolejny odcinek moich rozmów z Piotrem Plucińskim, krytykiem filmowym i dziennikarzem, autorem  znakomitego bloga Off the Record. Tym razem dyskutujemy o kinie wampirycznym, geekach i nowej wersji "Postrachu nocy", którą można oglądać na dużym ekranie od zeszłego piątku.


BC: Z twojej recenzji filmu wywnioskować nietrudno, że nowy "Postrach nocy" cię rozczarował...

PP: Nie, wręcz przeciwnie. By poczuć się rozczarowanym, musiałbym czegoś po nim oczekiwać. Tymczasem oryginał z 1985 nie jest jakoś specjalnie bliski mojemu sercu i na remake czekałem bez wypieków. Ty, zdaje się, lubisz film Hollanda bardziej?

BC: A i owszem, jest to wręcz jeden z moich ulubionych filmów z lat osiemdziesiątych.

PP: Czym cię uwiódł?

BC: Mogłem łatwo zidentyfikować się z bohaterem, lubiłem wyobrażać sobie, co zrobiłbym w sytuacji, jeśli i moim sąsiadem byłby wampir. Takie rojenia nastoletniego wielbiciela horrorów.

PP: Rzeczywiście, stary "Postrach nocy" to przecież mokry sen każdego nastoletniego geeka. Holland udowodnił, że nie ma się czego wstydzić - do inicjacji z prawdziwego zdarzenia potrzebna jest... znajomość popkultury. Tymczasem bohater remake'u początkowo odcina się od niedojdowatego kolegi, z którym jeszcze niedawno bawił się w ogrodzie w najeźdźców z kosmosu. Plastikowi herosi wyszli z mody?

BC: Nigdy nie czułem się źle z moimi popkulturowymi fascynacjami, więc film Hollanda nie był dla mnie potwierdzeniem tezy, o której mówisz, nie potrzebowałem takiego poklepania po plecach. "Postrach nocy" rozpatrywał po prostu pewną hipotetyczną sytuację z perspektywy nastolatka, a nie dorosłego faceta, podobnie "Straceni chłopcy". To były filmy z serii "o mnie i o tobie", tyle że z wampirami. Zasadniczo jednak przyznaję ci rację - znajomość popkultury ratuje naszego bohatera i w nowej wersji filmu, choć dzisiaj przecież komiksy i gry komputerowe to żaden obciach.

PP: A jednak nasz bohater stosunkowo długo nie dopuszcza do siebie myśli, że jego sąsiad jest ponurym krwiopijcą. Charley woli raczej przytulanki ze swoją dziewczyną, a tytułowy "Postrach nocy" nie jest tu, jak w oryginale, jego ulubionym programem telewizyjnym. Właściwą emanacją Charleya jest tu zepchnięty na drugi plan, niepoważny Ed. W dobie popularności Michaela Cery, Jessego Eisenberga czy Shii LaBeoufa jest to pewne zaskoczenie.

BC: Ed Lee jest geekiem starej daty, pierdołowatym i aspołecznym, w gruncie rzeczy musiał szybko zniknąć z ekranu. Na takich nie ma już miejsca w nowoczesnym filmie.

PP: Sporo jest za to miejsca dla staroświeckich wampirów.

BC: Czy aby na pewno staroświeckich?

PP: Cóż, krwiopijstwo samo w sobie jest dziś trochę passe. "Zmierzch" i "Czysta krew" rozwodniły filmowy wizerunek wampira - nieokrzesanie zastąpiły zbędnym romantycznym sznytem. Tymczasem bohater "Postrachu..." jest prymitywnym tandeciarzem, jakich pamiętamy choćby ze "Straconych chłopców". Gustuje w nierozgarniętych blondynkach, ochoczo wsiada na wypasiony motocykl, a w samotności pewnie słucha obciachowego rocka.

BC: I pije Budweisera. No cóż - powrót do starych zamczysk, błyskawic i pajęczyn nie jest już chyba możliwy. Kino grozy konsekwentnie zrywa z gotycyzmem na rzecz redefinicji swoich mitów, wampiry wyłażą z trumien i pomieszkują na przedmieściach. To naturalna kolej rzeczy. "Straceni chłopcy", "Martin", "Blisko ciemności" czy właśnie "Postrach nocy" to według mnie jedne z najlepszych filmów wampirycznych. A przecież w każdym z nich przedstawiony jest krwiopijca... postmodernistyczny. Pomijam oczywiście filmy przefiltrowane przez nastoletnią prozę.

PP: Tylko widzisz, mnie gotyk nie w głowie. Universal, Bela Lugosi, Bram Stoker... To bardzo zawężona czasoprzestrzeń, która dzisiaj nie znajduje już zastosowania. Podobnie zresztą wspomniana przez Ciebie postmoderna sprzed dwóch dekad. Ta płaszczyzna się zużyła i jako taka funkcjonować może tylko, jak w nowym "Postrachu...", na zasadzie świadomego pastiszu. A ja wolałbym chyba, żeby Hollywood poszło dalej, porzuciło lata 80., przeskoczyło wzorce Stephenie Meyer i dojrzało wreszcie do wizerunku wampira-mordercy. W ostatnich latach widziałem to bodajże raz - w średnio udanych "30 dniach mroku" Davida Slade'a.

BC: Ano właśnie, byłem ciekaw czy zauważysz, że wszystkie wymienione przeze mnie filmy powstały przed dwudziestoma, trzydziestoma latami. Zrobiłem to z premedytacją, gdyż chciałem zobrazować pewną brutalną prawdę - kino nie ma już nic do powiedzenia w zakresie wampirologii. W filmach takich jak "Blade" czy "Underworld" facet i babka z kłami noszą pistolety, a z drugiej strony mamy jaroszy ze "Zmierzchu". Znajdujemy się w martwym punkcie, przy ścianie, której na razie nie da się obejść ani przeskoczyć. Argento szaleje już co prawda na planie trójwymiarowego "Draculi", lecz nie wiążę z tym filmem wielkich nadziei.

PP: Czas pokaże. Western umierał już kilka razy, nurt gore również. A jednak kino cały czas znajduje dla nich nowe zastosowanie. Wierzę, że i wampiry powrócą w należnej im glorii.

Autor bloga dziękuje kinu Helios za zaproszenie na film.

13 komentarzy:

  1. "Kino grozy konsekwentnie zrywa z gotycyzmem na rzecz redefinicji swoich mitów, wampiry wyłażą z trumien i pomieszkują na przedmieściach." - a kino grozy z Hiszpanii i innych latynoskich kinematografii?

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo proszę ukłonić się nisko obciachowym wampirom z lat 80 :P - Filip

    OdpowiedzUsuń
  3. "Co z nim?" - jest gotyckie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Więc gotyckie kino grozy nie umarło, po prostu zaczęło mówić po hiszpańsku.

    OdpowiedzUsuń
  5. W końcowej części Waszej dyskusji zabrakło mi uwzględnienia, uważam, że najlepszego – i najoryginalniejszego - amerykańskiego wampirycznego horroru ostatnich lat, a mianowicie "Pozwól mi wejść" Matta Reevesa. Filmu, który zdecydowanie odstaje od, z jednej strony – wampirycznych filmów akcji w stylu "Blade" czy "Underwold", z drugiej - infantylnego, nastoletniego romantyzmu "Zmierzchu" i mu podobnych, z trzeciej wreszcie - od postmodernistycznej ironii "Czystej krwi". Opowiedziany w tonie serio, jest liryczny, ale jednocześnie bardzo w tym pesymistyczny, a dzięki poprzestawianiu akcentów dramaturgicznie mocniejszy niż jego szwedzki oryginał. Przedstawienie wampira jako mordercy wybrzmiewa w "Pozwól mi wejść" jednak zdecydowanie mocniej niż we wspomnianych "30 dniach mroku" (nie tylko dzięki temu, że bohaterami są dzieci), bym się nawet posunął do stwierdzenia, że najmocniej od czasu "Martina" Romero. W każdym razie - żeby jakoś to podsumować – optymistycznie uważam, że jednak wciąż udaje się opowiadać o wampirach w sposób świeży, czego film Reevesa odosobnionym, ale jednak przykładem (może paradoksalnym, zważywszy, że mowa o remake'u – choć z tego samego powodu również trochę niedocenianym).

    OdpowiedzUsuń
  6. Arku, masz całkowitą rację odnośnie "Pozwól mi wejść" (sam niegdyś zachwycałem się szwedzkim oryginałem), lecz, jak mawiają, jedna jaskółka wiosny nie czyni. I tak jak nie można mówić o odrodzeniu gotyckiego kina grozy na podstawie pojedynczych filmów z Hiszpanii, trudno w przypadku kina wampirycznego rozmawiać o nowym kierunku. Pewnie, od czasu do czasu ktoś wyskoczy z jakimś interesującym, nowatorskim filmem, ale na razie nie widać na horyzoncie żadnej gruntownej zmiany. W latach osiemdziesiątych wampiry zwróciły się ku komedii i przez kilka lat formuła się sprawdzała, później przyszło "Near Dark" i poważniejsze kino wampiryczne, a potem długo, długo nic... I do dzisiaj mamy swoiste status quo.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ale ja nie polemizuję. Tzn. zgadzam się i z Waszą dyskusją i z Twoimi powyższymi uwagami. Jak czytam "współczesny wampir" to niestety widzę Edwarda, a nie Eli czy Abby z "Pozwól mi wejść". Nie twierdzę, że film Reevesa jest zwiastunem nowej jakości, choć chciałbym w to wierzyć. Po prostu bardzo go lubię i uznałem, że w kontekście powyższej rozmowy jest wart odnotowania jako przykład udanego filmu, w którym podchodzi się do tematu w sposób inny niż by to nakazywały dominujące konwencje. To oczywiście mocno banalna uwaga, ale najlepsze filmy gatunku w pierwszej kolejności są jednak zawsze wypadkową talentu osób, które za danym filmem stoją, a nie tego, co się akurat najchętniej powiela. Aczkolwiek to już inny temat niż ten na górze.

    OdpowiedzUsuń
  8. To prawda - film zdecydowanie wart jest odnotowania i to nie tylko w kontekście kina wampirycznego. Nasza dyskusja poszła raczej w kierunku pewnych mód i trendów, dlatego "Pozwól mi wejść" przeszło bokiem. A o całej reszcie pogadamy kiedyś przy piwie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Oprócz wspomnianych przez Was filmów z lat '80, jest jeden, w którym i temat poważnie potraktowany został, i gotyckość można odnaleźć, a z drugiej strony mnóstwo w nim zgrywy oraz kiczu tamtej dekady - mowa o "Zagadce nieśmiertelności", dla mnie jednym z najciekawszych obrazów w wampirycznym temacie, który od kilku lat nie daje mi spokoju i każe się oglądać wciąż, i wciąż. Tak tylko chciałem dodać; nic więcej.

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga