piątek, 9 września 2011

Rocky Balboa vs. Tomasz Adamek

Wczoraj miałem okazję skorzystać z zaproszenia dystrybutora filmu dokumentalnego "Bracia Kliczko", pójść na specjalny pokaz i poznać mistrza Wladimira we własnej osobie. Jutro walka jego brata, Witalija, z Tomaszem Adamkiem, a dzisiaj w portalu Onet.pl ukazał się mój tekst o kinie bokserskim. Można więc potraktować go jako rozgrzewkę przed sobotnim spektaklem, do czego serdecznie zapraszam.


Let's get ready to rumble! - od trzydziestu lat tą frazą rozgrzewa przed walką miłośników boksu w Stanach Zjednoczonych legendarny spiker Michael Buffer. W wolnym tłumaczeniu słowa te oznaczają "przygotujcie się na łomot!". I co tu dużo mówić, mają charakter proroczy, bowiem rzadko kiedy ring nie pokrywa się krwią, łzami i potem.

Powszechna opinia głosi, że zawody bokserskie są dla współczesnego widza tym, czym niegdyś były dla antycznych Rzymian walki gladiatorów. Nie da się ukryć, że tkwi w nas pewna fascynacja przemocą, a zmagania na ringu dwóch rosłych facetów walących się po głowach dają nam bezkarnie popatrzeć na zalegitymizowane mordobicie. A jednak sprowadzenie boksu do prostego, atawistycznego spektaklu byłoby sporym nadużyciem. Kino pomaga zrozumieć czemu, bowiem u podstawy całej rzeszy filmów, które dotykają omawianego tematu, leży nie bezrozumna żądza krwi, ale zmagania człowieka z własnym życiem. Historie bokserskie opowiadane za pośrednictwem dużego ekranu mówią najczęściej o sile hartu ducha, o zwyczajnych, codziennych porażkach i zwycięstwach, wytrwałości i, jakkolwiek mało oryginalnie to zabrzmi, pogoni za własnymi marzeniami.

Od zera do bohatera

Najsłynniejszy film bokserski w dziejach kina, wzruszająca historia o wielkim tryumfie ducha i początek długiej przygody jednej z ikon ekranu – chyba nie da się powiedzieć o "Rockym" nic ponadto, co zostało już powiedziane. Pierwszy kamień milowy w karierze Sylvestra Stallone, dzieło, które nigdy nie powstałoby w takiej formie gdyby nie iście sportowy upór nieznanego wtedy aktora i początkującego scenarzysty. "Rocky" określił formułę, według której rozpisanych zostanie wiele późniejszych filmów, nie tylko tych traktujących o bokserach. Widzom przedstawiono typowego underdoga, czyli człowieka stawianego na z góry przegranej pozycji, który stopniowo, dzięki swojej niezłomności, sięga po zwycięskie laury. Zadziwiająco, ta podtrzymująca na duchu historia nie była przesycona młodzieńczą naiwnością, a okazała się dojrzałą paralelą z prawdziwą biografią Stallone, który po premierze "Rocky'ego" stał się gwiazdą pierwszego formatu. Schemat fabularny powielano potem w niezliczonych filmach, również bokserskich, jak choćby "Zbuntowana" z Michelle Rodriguez, gdzie w zdominowanym przez mężczyzn świecie sportu, młoda dziewczyna toruje sobie drogę do mistrzowskiego pasa, wbrew wszelkim przeciwnościom. Mimo że film bezczelnie wykorzystywał populistyczny feminizm, w pewien sposób antycypował nadejście "Za wszelką cenę" Clinta Eastwooda, dzieła o zupełnie innym ciężarze gatunkowym. Tam z pozoru prosta opowieść o realizacji własnych marzeń w połowie ustępuje miejsca wstrząsającemu dramatowi, czyniąc z tego obrazu nie tylko jeden z najlepszych filmów osadzonych na ringu i sali gimnastycznej, ale i jeden z najchętniej nagradzanych. Istne mistrzostwo świata wszechwag.

Dalszy ciąg w portalu Onet.pl.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga