środa, 14 września 2011

Wampirologia stosowana

Niedawno było o "Postrachu nocy", a dzisiaj prezentuję artykuł napisany dla portalu Onet.pl, traktujący w nieco szerszym kontekście o kinie wampirycznym.


Jerry Dandrige z "Postrachu nocy" to wampir nowoczesny, choć naprawdę narodził się jeszcze w latach osiemdziesiątych. Wtedy to uzbrojeni w kły krwiopijcy przeszli niezliczone metamorfozy, konieczne, by dotrzymać kroku bohaterom przebojowych slasherów i wysokobudżetowych filmów przygodowych. 
 
Wcześniej, pod koniec lat sześćdziesiątych, kiedy dokonała się w kinie grozy swoista rewolucja, a ekrany spłynęły krwią, poczciwy potwór Frankensteina i stary Dracula nie potrafili już nikogo porządnie przestraszyć. Horror musiał więc przejść lifting, przekroczyć kolejne granice, zasymilować się i dostosować do ówcześnie panujących trendów. Mimo to, filmowcy zapatrzeni w straszne opowieści nie zapomnieli o gotyckich korzeniach gatunku, dlatego popkulturowy wampir ma niejedno oblicze. Nim jednak Jerry Dandrige szturmem wziął amerykański box office, przez ekrany przewinęły się tysiące jego braci i sióstr. Sięgnijmy więc do korzeni...

Dracula czyli Nosferatu

Obowiązkowym truizmem rozpoczynającym rozważania na temat wampiryzmu wydaje się być stwierdzenie, iż wydana pod koniec dziewiętnastego wieku powieść "Dracula" Brama Stokera odcisnęła na kulturze popularnej niezatarte piętno. Oczywiście jeszcze przed publikacją książki irlandzkiego pisarza istniały popularne historie wampiryczne, które ukazały się drukiem, jak epatujący brutalnością "Wampir Varney, albo uczta krwi" czy też słynna "Carmilla", ale to właśnie fascynujące dzieło Stokera stanowi po dziś dzień pożywkę dla kina. Nikogo, kto książkę czytał, nie powinno dziwić, że wielki niemiecki reżyser epoki kina niemego, Friedrich Wilhelm Murnau, mimo iż nie posiadał praw do ekranizacji "Draculi", i tak zdecydował się rozpocząć zdjęcia. Decyzję swoją okupił co prawda procesem sądowym wytoczonym mu przez spadkobierców Stokera, ale najpierw dał widzom pierwszego klasycznego wampira w dziejach kina – grafa Orloka. Aktor odgrywający tę rolę, Max Schreck, posiadał aparycję tak odrażającą, że film obrósł legendą, mówiło się, iż mężczyzna ten jest istotnie prawdziwym krwiopijcą (na tym pomyśle oparto choćby scenariusz "Cienia wampira" z 2000 roku). Dziewięć lat później wampir już nie tylko straszył, ale i uwodził – podobno kobiety mdlały, kiedy Béla Lugosi wychodził na teatralne deski. Kiedy węgierski imigrant swoją sztandarową rolę hrabiego Draculi odtworzył przed kamerą Toda Browninga w 1931 roku, narodził się zupełnie nowy image wampira – przystojnego szlachcica, który przez okno, niczym romantyczny kochanek, wkradał się do sypialni swoich ofiar, przed ugryzieniem okrywając je płaszczem. Mimo swojego niezaprzeczalnego okrucieństwa wampir był symbolem tego, co minione i niewyjaśnione, obce, co należało do sfery baśni i legend, które odzierano powoli z tajemnicy za pomocą naukowych teorii, by w końcu przebić je kołkiem.

Kłujące lata sześćdziesiąte

Popularne brytyjskie horrory o Draculi, produkowane w legendarnej wytwórni Hammer, bazowały w gruncie rzeczy na wizerunku wampira stworzonym w filmie Browninga. Z zasadniczą różnicą – wołoski hospodar w angielskim wydaniu (w tej roli Christopher Lee) szedł z duchem czasu, gonił nowoczesność. Dbał o styl i maniery, nie przesiadywał w zrujnowanym zamczysku, lecz w imponujących posiadłościach, a na wyposażeniu miał nawet białą, podróżną trumnę. Przyjął też do serca idee seksualnej rewolucji, otaczał się powabnymi, roznegliżowanymi wampirzycami, a raz nawet dał się uwieść potędze kapitalizmu, stając na czele korporacji. Hammer korzystał jak mógł z mody na wampiry, nie ograniczając się do postaci Draculi. Słynna seria o rodzinie Karsteinów, wyrosła również z brytyjskiej tradycji literackiej, eksploatowała tematy lesbijskie, podporządkowując w dużym stopniu wampiryczną mitologię obyczajowej swobodzie. Wampiryzm już wcześniej utożsamiany był z erotyką i seksualną energią, lecz Hammer, jak na owe czasy, pozwalał sobie na prawdziwe spektakle golizny i przemocy. I nawet dzisiaj, choć może nie tak ostentacyjnie, reżyserzy filmowi poruszają się w podobnym, atrakcyjnym marketingowo kręgu skojarzeniowym.

Dalszy ciąg przeczytacie w portalu Onet.pl.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga