środa, 7 września 2011

Niezniszczalni Stallone, Schwarzenegger, Van Damme, Norris, Lundgren...

Sylvester Stallone, Jason Statham, Arnold Schwarzenegger, Bruce Willis, Jet Li, Chuck Norris, Jean Claude Van Damme, Dolph Lundgren, Terry Crews, Randy Couture i Scott Adkins - póki co taki skład widnieje na stronie internetowej studia Millenium Films. Na mnie to działa i już teraz mam ochotę zgarnąć śpiwór, do plecaka zapakować kilka konserw i koczować pod kinem. Premiera "Niezniszczalnych 2" co prawda dopiero za rok (albo i lepiej), lecz wszystkie wiadomości z nią związane niezmiennie mnie elektryzują. Korzystając z okazji chciałbym przypomnieć moją recenzję pierwszej części filmu, którą pozwoliłem sobie ozdobić fotografiami z londyńskiej premiery, gdzie wytrwale, przez kilka godzin, czekałem na swoich idoli z czasów VHS.


Rozmowa z Dolphem Lundgrenem, zamieszczona niedawno w jednym z angielskich dzienników, przesycona była ledwo kamuflowaną nostalgią. Bo kino akcji już nie to. Bo prawdziwych herosów zastąpił komputer. Bo byle chuderlak z trójką z wuefu może zostać Jasonem Bournem albo Ethanem Huntem. Naznaczone żalem słowa nie dziwią, wszak Lundgren musiał czekać kilkanaście lat, miotając się między niskobudżetowymi produkcjami, zanim powrócił na wielki ekran. Wypowiedzi aktora nie można tłumaczyć jedynie chronicznym brakiem angażu w Hollywood – kino akcji faktycznie się zmieniło i wydaje się, że brakuje w nim miejsca na zwalistych mięśniaków jedną ręką potrafiących przetrącić karki zastępom wroga. Niby nie ma też siły zdolnej pokonać Bourne'a, Hunta i, ostatnio, Evelyn Salt, ale brak im czegoś nieuchwytnego, czegoś, co posiedli Matrix, Rambo i McClane. Przed wpakowaniem wrogowi kuli w głowę nie zakrzykną „yupikayey” i nie zetną krzaków róż serią z automatu. Kino akcji odeszło do lamusa, a fizyczną sprawność zastąpiono specami od CGI. Definitywnie. Koniec i kropka.


I wątpliwe jest, czy sukces Niezniszczalnych wpłynie na nagłe odkurzenie zmurszałego gatunku i zainteresowanie nim wytwórni na masową skalę. Sztuczka autorstwa Sylvestra Stallone polegająca na namówieniu do udziału w jednym filmie najbardziej rozpoznawalnych aktorów kina akcji nie uda się po raz kolejny – chyba że w wypadku sequela. Z tego też powodu część widowni patrzy na nowe dzieło kultowej już osobowości kina jak na ciekawostkę, iście cyrkową atrakcję, a nie pełnoprawnego spadkobiercę popularnych akcyjniaków z lat osiemdziesiątych. Niesłusznie. Bowiem Niezniszczalni to niemal książkowa definicja kina akcji, esencja zapomnianego przez świat gatunku, którą kupuje się z całym inwentarzem, wybacza fabularne absurdy, przymyka oko  i na setki trupów zabijanych z uśmiechem na ustach bez żadnych konsekwencji moralnych, i na sztywne aktorstwo. Albo nie ogląda się wcale.


Od momentu, kiedy w sieci pojawiły się pierwsze informacje na temat „Niezniszczalnych”, oczy potencjalnego widza zwrócone były nie na karty scenariusza, lecz na nazwiska mających wystąpić w filmie aktorów. Zamiast historii o samotnej wysepce rządzonej twardą ręką dyktatora działającego pod dyktando renegata z CIA, Stallone mógłby nakręcić obraz traktujący o turnieju szachowym, a i to nie zmieniłoby w żaden sposób postrzegania jego dzieła. Materiały promocyjne nie kryły, że Niezniszczalni będą sentymentalnym hołdem z wybuchami w tle, hołdem dla stojących na pierwszym planie wykonawców głównych ról. A przy okazji ukłonem w stronę widza, składanym na chwilę przed opadnięciem kurtyny.


Bo są Niezniszczalni pewnym rozliczeniem z gatunkiem, swoistą manifestacją jego sił i słabostek, filmem wyjętym z zakurzonego kartonu z kasetami VHS, który przeszedł operację dokładnego remasteringu. Chociażby wtórna, pretekstowa, eksploatowana przez chyba każde medium po stokroć fabuła nie mogła być niczym innym, jak wybornym żartem, który miał na celu wywołanie uśmiechu nostalgii na twarzach miłośników kina akcji. Pokazana przez Stallone w nieco innym świetle, w niemal parodystycznym ujęciu, stanowi jedynie arenę, na której herosi z karabinami i nożami mogą pokazać, na co stać ich arsenał. Przecież Niezniszczalni mieli opowiadać właśnie o tych twardzielach, całej reszcie składającej się na dzieło filmowe nadano tym samym marginalnego znaczenia. I tak każdy z ekipy najemników ma do odegrania swoją rólkę, otrzymuje te kilka minut czasu ekranowego, w efekcie czego oglądamy serię krótkometrażowych miniaturek, tylko Stallone i Statham występują przed szereg i są praktycznie nieustannie obecni przed kamerą. Formuła przyjęta przez Stallone sprawdza się wybornie, udało się bowiem zamknąć w kadrze multum naładowanych akcją scen, a w każdej z nich pierwsze skrzypce gra inny niezniszczalny.


Nie sposób odrzeć Niezniszczalnych z sentymentu, bo i na sentymencie ten film zbudowano. Koronnym dowodem jest scena w kościele, z udziałem Stallone, Willisa i Schwarzeneggera, pełna aluzji i nawiązań do aktorskich (i politycznych!) dokonań trzech panów. Dlatego też fani kina akcji, rozpamiętujący, podobnie jak Dolph Lundgren, dawne filmy i dawnych wyczynowców, tęskniący za fizycznością w kinie, będą powtarzać zapamiętane w trakcie seansu one-linery jeszcze przez długie lata. A pozostali widzowie? Niech zamkną oczy, bo to nie dla nich ten film nakręcono.

13 komentarzy:

  1. Czekam z niecierpliwością na drugą część Expendables, pierwsza mi się podobała. Druga nie może być gorsza, bo zespół niezniszczalnych aktorów jest mistrzowski i Stallone nie może tego filmu zepsuć. Ale nie gorszych wykonawców można zobaczyć w filmie Killer Elite (premiera w październiku) - tu też jest Jason Statham, a partnerują mu Robert De Niro i Clive Owen. Na ten film także czekam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Eeee... to były tam jakies one-linery?
    Siła "Niezniszczalnych" tkwi niewątpliwie w potencjale, niestety zupełnie przez Stallone niewykorzystanym. Poza paroma znajomymi gębami nie widzę w tym filmie zupełnie nic, co stanowiło o uroku akcyjniaków z lat 80. Ani jednej zapadającej w pamięć nawalanki, ani jednego dobrego one-linera. Montaż - a raczej montażopodobna epileptyczna sieczka - to produkt typowo współczesny, rozedrgana kamera i efekty cgi również. Reasumując, pierwszą częsć "Niezniszczalnych" uważam za najbardziej perfidne oszustwo od czasu ostatniego "Indiany Jonesa" - wtedy też obiecywano powrót do starego, dobrego, analogowego kina akcji, a otrzymalismy oczojebny klops naszpikowany animacjami z kompa. Niedawno była "Maczeta" - jeszcze większy niewypał niż "Niezniszczalni". Nowego "Conana" aż boję się tknąć.

    Lubię Stallone, cieszy mnie że wraca do formy, ale nie tędy droga. Pokolenie pamiętające lata 80. miało to szczęscie, że poznawało pachnące swieżoscią, spontaniczne, swietnie robione analogowe kino akcji, z prawdziwą pirotechniką i zapierającą dech w piersiach kaskaderką. Dzis zewsząd atakuje nas nahalny, bełkotliwy, klipowy montaż, którego jedynym plusem jest chyba tylko to, że maskuje choreograficzne niedoróbki. "Niezniszczalni" nie są tu wyjątkiem, niestety. Następnego dnia po powrocie z kina z "Expendables" oglądałem "Inwazję na USA" z Norrisem, i najnowszy film Stallone przy tamtym pełnym wdzięku b-klasowcu pełza i kwiczy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Co do ostatniego Indiany Jonesa to się zgadzam - film jest przesadnie efekciarski i pozbawiony uroku. Ale Maczeta i Niezniszczalni to świetna rozrywka, którą ogląda się wcale nie gorzej od b-klasowych filmów z lat 80-tych. Chociaż co do one-linerów to chyba masz rację, bo ja żadnego nie pamiętam, a we wspomnianej przez Ciebie Inwazji na USA było kilka niezłych tekstów, np. "Jeśli wrócisz to zarobisz tyle prawych, że poprosisz o lewego" :) Może Stallone wyciągnie wnioski i może druga część będzie lepsza.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bartek mi przypomniał, że jednak był w "Expendebles" one-liner: "Twój fryzjer". Kapitalne, szkoda że nie "twoja stara" :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ha! To był bodaj najbardziej czerstwy żart jaki padł w tym filmie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Mam nadzieję, że w przypadku Niezniszczalnych nie zatryumfuje zasada "sequel gorszy od oryginału". Potencjał jest, zapowiedzi większych ról Willisa i Arniego również, ekipa się powiększa, zaraz cholera eksploduję :)

    OdpowiedzUsuń
  7. I znienacka studio wycofało wpis z obsadą: http://www.millenniumfilms.com//ProjectDetails.aspx?projectId=243f343d-7cea-4ea4-b57e-6b8b4e4c0578

    OdpowiedzUsuń
  8. "Ha! To był bodaj najbardziej czerstwy żart jaki padł w tym filmie."

    A były jakieś mniej czerstwe? :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Piotr - były! Czekaj... zaraz sobie przypomnę :)

    tomashec - niech wycofują! I tak czekam!

    OdpowiedzUsuń
  10. Było coś o wzroście Jeta Li, że wszystko jest dla niego trudniejsze, bo kiedy jest ranny, rana jest większa, bo on jest mały. Coś w tym stylu. Nie było wiadomo, czy się śmiać czy płakać :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Mi się bardzo podobała pierwsza połowa Niezniszczalnych, bardzo pastiszowa. Dialogi też mnie tam bawiły, chociaż teraz kojarzę tylko coś o piciu Śliwowicy (w Czeczeni??). Druga połowa to straszna sieka. Nie wiedziałem co się dzieje, a po wyjściu z kina walczyłem z zezem.

    OdpowiedzUsuń
  12. Scena w kościele rewelacyjna. Choćby dzięki takim fragmentom czekam na sequel:)

    OdpowiedzUsuń
  13. A ja dopiero teraz zobaczyłem, że reżyserią sequela zajmie się nie Stallone, a Simon West. Wg imdb przy scenariuszu Stallone też nie pracuje. Ciekawe czy ta zmiana wyjdzie filmowi na dobre.

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga