piątek, 2 września 2011

"Kocha, lubi, szanuje" czyli I love you Ryan Gosling

Trochę się dzisiaj wydarzyło - zobaczyłem nowy "Postrach nocy" (w weekend opublikuję rozmowę na temat filmu z Piotrkiem Plucińskim) i wreszcie nadrobiłem "Nie bój się ciemności" (całkiem przyzwoite kino), a moja recenzja innej premiery - "Kocha, lubi, szanuje" (czyli "Crazy, Stupid, Love") - pojawiła się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika". I tak, ja też oszalałem na punkcie Ryana Goslinga i czekam na "Drive" przebierając nogami.


Okazuje się, że nie tylko dreszczowiec może się rozpocząć od trzęsienia ziemi, a później jeszcze podkręcić napięcie. Także nowa komedia twórców "I Love You Phillip Morris" już od pierwszej sceny wrzuca widza na głęboką wodę, by w dalszej części jeszcze bardziej zaplątać sytuację.

Żona głównego bohatera, nieco fajtłapowatego gryzipiórka Cala, na deser zamiast lodów czy ciasta prosi go o... rozwód. Tym samym wprawia w ruch machinę zbiegów okoliczności prowadzących do przypadkowych spotkań, dzięki którym wszystkim uczestnikom miłosnej gry uda się wrócić na prostą. Podobnie bowiem, jak w lubianym brytyjskim hicie "To właśnie miłość", fabularna siatka "Kocha, lubi, szanuje" upleciona jest z wielu wątków dotyczących różnych postaci, których drogi przetną się dopiero w finale. I choć obu wspomnianym filmom przyświeca jedna idea – nieustawanie w próbach odnalezienia jedynej i prawdziwej, upragnionej miłości – w odróżnieniu od bożonarodzeniowej, pełnej ciepła, wyciszonej atmosfery romantycznego dzieła Richarda Curtisa, reżyserzy Ficarra i Requa folgują sobie w duchu nowoczesnej komedii amerykańskiej. Sporo tutaj sytuacyjnych, nasączonych seksualnymi odniesieniami żartów, popkulturowych aluzji oraz komediowej werwy.

Dalszy ciąg recenzji na stronie "Dziennika".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga