sobota, 10 września 2011

Dla dzieci, młodzieży i dorosłych...

Prócz "Nocy rekinów 3D", o której napiszę o weekendzie, na ekrany kin w tym tygodniu weszły dwa zrecenzowane przeze mnie filmy: "Monte Carlo" oraz "Heca w zoo", oba przeznaczone dla młodszej widowni. A więc przechodzę od słów do czynów i prezentuję pokrótce owe teksty.


"Monte Carlo" to niczym niezmącona fantazja czternastolatki wychowanej na pełnometrażowych filmach Disneya dla młodzieży. Zapewne nieprzebrane pokłady niewinnej naiwności zostaną przez publiczność docelową niezauważone, ale mamy do czynienia z kinem mocno przeciętnym. Film opiera się na starym pomyśle zamiany miejsc, a raczej mylnie zidentyfikowanej tożsamości bohaterki. Nastoletnia Grace podczas wyjazdu do Francji, z powodu fizycznego podobieństwa, zostaje wzięta za brytyjską dziedziczkę ogromnej fortuny. Wraz z siostrą oraz przyjaciółką korzystają z owej pomyłki ile wlezie. A miłość i tak przyjdzie do nich sama, nieproszona.


We wrześniowym numerze "Filmu" pisałem te z o ostatniej odsłonie serii "Oszukać przeznaczenie" (odsyłam do wpisu poświęconego cyklowi), a "Hecy w zoo" wystawiłem notę 2/6, argumentując tak:

Kolejny film, który niesie ze sobą prostą prawdę – miłość czeka na nas tuż za rogiem i wystarczy jedynie wyciągnąć po nią rękę. Jednak by zdobyć się na ten z pozoru łatwy gest, trzeba przezwyciężyć własną nieśmiałość i niezaradność. Przed takim zadaniem staje bohater filmu „Heca w zoo”, korpulentny opiekun zwierząt Griffin Keyes. (...) Mieszanka żartów żywcem wziętych z „Doktora Dollitle”, „Zwierzaka” i kilku innych komedyjek może i rozbawi zabrane do kina latorośle, lecz rodzice w tej opowiastce nie doczekają się wrażeń porównywalnych z powszechnie lubianą i w gruncie rzeczy zbliżoną tematycznie, „Nocą w muzeum”.

Pozostałą część recenzji znajdziecie w nowym "Filmie".


2 komentarze:

  1. Żadnego z tych filmów nie obejrzę w kinie, ale mimo wszystko prędzej sięgnę po Monte Carlo, żeby pooglądać ładne widoczki:) Heca w Zoo zbytnio kojarzy mi się z filmami Murphy'ego, które same w sobie nie były wybitne, ale już wolę jeszcze raz obejrzeć Doktora Dolittle, niż patrzeć na dydaktyczny seans, jaka to miłość ważna i każdy powinien do niej dążyć...

    OdpowiedzUsuń
  2. "patrzeć na dydaktyczny seans, jaka to miłość ważna i każdy powinien do niej dążyć... "

    Ale to przecież czysta prawda! :)

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga