piątek, 30 września 2011

Amerykańskie wampiry w Łodzi

No, może niezupełnie, ale tytuł wpisu nie jest przypadkowy. Dzisiaj rozpoczyna się bowiem XXII Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi, na który wybywam za równą godzinę. Są już tam zapewne Simon Bisley, Brian Azzarello i Grzegorz Rosiński - z nimi trzema będę rozmawiał, a o publikacji wywiadów poinformuję na blogu i zamieszczę fragmenty. Korzystając z okazji, wklejam recenzję komiksu "Amerykański wampir", w którym palce maczał sam Stephen King. Do poczytania w poniedziałek.


Podwórkowa prawda, że made in USA jest lepsze niż made in reszta świata zdaje się przyświecać buńczucznym deklaracjom Scotta Snydera i Stephena Kinga, że wnet pokażą niedowiarkom, co to znaczy prawdziwy wampir. Zdegradowany do roli maskotki popkultury, ten czy inny krwiopijca o tępawych zębach dawno już przestał i straszyć, i choćby interesować miłośników gatunku, dla którego potrzeb się narodził. Te dzieci nocy już dawno ośmieszyło kino i literatura, wbito im kołek, zakopano sześć stóp pod ziemią i splunięto na grób. Kto miał więc sięgnąć po łopatę, zatrzeć ręce i wykopać gnijącego, śmierdzącego już trupa, jak nie dwóch zapaleńców zza oceanu, którzy z horrorem są za pan brat. Snyder, ten mniej znany kolega z duetu, ma już niemałe doświadczenie komiksowe, więc taką, bliską mu formę, zaproponował Kingowi. Tamten, jak wiadomo, mało której okazji przepuści, także na propozycję tchnięcia nowego życia w wampira za pomocą dymków i obrazków przystał entuzjastycznie.

Zapowiedź, że ich wspólny komiks przywróci opowieściom wampirycznym grozę i należytą powagę, należy jednak włożyć między bajki, bo choć „Amerykański wampir” to dzieło istotnie satysfakcjonujące, przeznaczone jest w gruncie rzeczy dla młodzieży. Mimo że autorzy twierdzą inaczej, projekt ten płynie z falą, zamiast iść pod wiatr. Zgoda, próżno na kolejnych stronach szukać wymuskanych młodzieniaszków z wystającymi kłami, którzy bajerują amatorki nocnych i mocnych wrażeń, lecz żywot Skinnera Sweeta to historyjka jakich wiele. Nie oznacza to wcale, że nużąca czy mało dla czytelnika atrakcyjna, wręcz przeciwnie – mknie się przez „Amerykańskiego wampira” szybko i bezboleśnie. I może w tym właśnie tkwi problem komiksu, bowiem nie ma w nim nic, co mogłoby przyciągnąć na dłużej, a szanse przecież były dwie, gdyż i Snyder, i King, w tym estetycznie wydanym tomie zmieścili po jednej fabule. Równolegle biegną więc dwa wątki: jeden dotyczący Sweeta (autorstwa Kinga), bandyty i rabusia działającego pod koniec dziewiętnastego wieku, który w wyniku szczęśliwego przebiegu wypadków zyskuje wampiryczne życie; drugi to historia dziewczyny imieniem Pearl (pióra Snydera), która w Los Angeles lat dwudziestych ubiegłego wieku próbuje wiązać koniec z końcem, a jej życie zmienia się nieodwracalnie, kiedy zostaje wciągnięta w porachunki pomiędzy wiecznie żyjącym Sweetem a jego europejskimi adwersarzami.

King ujawnia swoje fascynacje westernem, choć Dziki Zachód wydaje się w tym przypadku jedynie scenografią, bo prawdziwym tematem jest geneza nowego rodzaju wampira – tego made in USA. Sweet potrafi chociażby chodzić za dnia bez uszczerbku na zdrowiu, góruje sprawnością fizyczną nad jego stwórcami ze Starego Kontynentu, no i jest wybitnie niemiłym gościem, choć potrafi pokazać serce, o czym dowiadujemy się z części napisanej przez Snydera. Sweet pomaga Pearl, podaje jej swoją krew, by ta mogła rozprawić się ze swoimi oprawcami już jako wampir. Podsumowując –  w jednym tomie otrzymujemy wampiryczne rape&revenge oraz klasyczną opowieść o zemście w świecie kowbojów i dyliżansów. Panowie scenarzyści niezbyt się więc wysilili, choć znalazło się w komiksie kilka niezłych zabiegów, jak rama fabularna dla biografii Sweeta, którą jest popularna powieść groszowa, czy wampiryczny biznes filmowy, ale pierwsze wydanie zbiorcze „Amerykańskiego wampira” zdaje się jedynie wprawką przed czymś większym, wstępem do obiecywanej, oby nieco dojrzalszej, epopei. Za to niezmiennie świetny jest Rafael Albuquerque, którego kreska, szczególnie w części pisanej przez Kinga, znakomicie oddaje klimat opowieści – mocne, wyraziste, ze smakiem pokolorowane rysunki.

„Amerykański wampir” pozostawia niedosyt, a raczej ssące uczucie głodu. Przy całym szumie, który wywołała kolaboracja Kinga z komiksiarzami, faktyczna wartość dzieła zeszła na dalszy plan. I mimo tego, że jest ona warta swojej ceny, nie potwierdza deklaracji Snydera i Kinga. Wampir nadal leży w ziemi, jedynie zaczyna nieśmiało podrygiwać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga