poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Skóra, w której żyję

Tak, nie miałem pomysłu, więc wpis ochrzciłem tytułem nowego dzieła Pedra Almodóvara, które zaprezentowano wczoraj gościom Nowych Horyzontów jako film zamknięcia. Na seans szedłem z myślą, że spróbuję potraktować "Skórę, w której żyję" jak kino gatunkowe, wszak materiały promocyjne wołają thriller, a sam Almodóvar mówił, iż wyszedł mu horror bez wrzasków i strachów. Ostrzegam na wstępie, że poniższy wpis zdradza ważne elementy fabuły, ale wolny jest od nachalnych spoilerów.


Moje pierwsze skojarzenie po obejrzeniu filmu to festiwalowy pakiet powitalny, w którym znalazłem podkładki pod szklankę z piwem, magnesy na lodówkę i buteleczkę wódki - czyli istne kuriozum. Pewnie nie powinno mnie to dziwić, bowiem Almodóvar zazwyczaj bronił się rękami i nogami przed wpisaniem swoich filmów w jednoznaczną kategorię gatunkową i mieszał co popadnie, lecz uparłem się, by jednak wyłuskać ze "Skóry..." elementy charakterystyczne dla opowieści z dreszczykiem. No i wszystko jest na swoim miejscu, ale wyjęte niczym z powieści gotyckiej XXI wieku, więc zamiast starego zamczyska i pajęczyn w kątach mamy sterylne wnętrze operacyjnej sali i walące po oczach jarzeniówki (gwoli ścisłości - wilgotna piwnica z kajdanami w ścianach też jest). W przestronnym domostwie mieszka kolejny powinowaty Victora Frankensteina, lecz tym razem napędzany nie tyle pychą (choć i również), względnie pragnieniem czynienia dobra/zła, co zemstą. Rzecz jasna Almodóvara nie interesuje aż tak bardzo sam aspekt horroru przemycony do filmu, ale implikacje działania nawiedzonego doktora. Tym samym powraca on do swojego sztandarowego spektrum tematycznego, czyli pytania o seksualną tożsamość (krótko mówiąc, widzowi każe się zastanowić, co jest ośrodkiem seksualności - ciało czy umysł), obłąkańczego żalu po zdradzie (i stracie), wyjaławiającej z uczuć samotności. Gdyby jednak pominąć podobne rozważania (co, powiedzmy sobie jasno - jest w tym przypadku niewskazane, gdyż "Skóra, w której żyje" opiera się głównie na warstwie interpretacyjnej, a nie fabularnej), odrzeć film Almodóvara z kontekstów, otrzymamy klasyczną historię o szalonym naukowcu, który w zaciszu domowym lepi sobie seksualnego homunkulusa-niewolnika, a więc mamy temat, którym horror żyje od lat. Takie zubożenie znaczeń pozwoli dotrzeć do gatunkowych podwalin filmu, którą stanowi, prócz powieści "Tarantula" Thierry'ego Jonqueta, fenomenalny film "Oczy bez twarzy" Georgesa Franju, również będący w pewnym sensie kolejną hybrydą powieści Mary Shelley. Szczęśliwie Almodóvar idzie znacznie dalej w swojej dalekiej adaptacji jednego z klasycznych już mitów popkultury, tworząc dzieło faktycznie wielkie i godne uwagi. A co więcej - oryginalne i świeże, co wcale nie było w przypadku Almodóvara oczywiste.

Wczoraj obiecałem też krótkie podsumowanie Nowych Horyzontów - znajdziecie je w dzisiejszym numerze dziennika "Metro" (również do poczytania na stronie). Do podzielenia się krótkimi, festiwalowymi refleksjami namówiłem też Piotra Plucińskiego i Piotra Czerkawskiego, więc poczytać warto.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga