wtorek, 30 sierpnia 2011

"Palacz zwłok" i nasza ciemna strona

Zanim znowu zacznę nadrabiać blockbustery (od tego weekendu, obiecuję...), zamieszczam recenzję filmu "Palacz zwłok", która ukazała się w piątkowym "Dzienniku".


Różnie się mówi dzisiaj o filmie Juraja Herza, zwracając częstokroć uwagę na drzemiący w nim komediowy potencjał. A jednak nawet jeśli widz podczas seansu wyda z siebie nieśmiały chichot, będzie to reakcja nerwowa i niespokojna, bowiem "Palacz zwłok" wywołuje dyskomfort psychiczny. Nawet jeśli odszukamy w nim akcenty humorystyczne, będą one jedynie narzędziem wzmacniającym grozę przenikającą dzieło czeskiego reżysera.

Tytułowym palaczem jest Karl Kopfrkingl, drobnomieszczański konformista opętany myślą o powszechnym wybawieniu ludzkości od ziemskiego bytowania za pomocą krematoryjnego pieca. Czuje się niemal boskim posłańcem, wypełnia zapisaną w Biblii misję, obraca w proch ciało, które się z prochu narodziło. Mimo górnolotnych, dygresyjnych refleksji eschatologicznych, Kopfrkingl twardo stąpa po ziemi, korzystając śmiało z rozkoszy, które zapewnia mu pobliski dom publiczny, a potem nazistowska partia. Jako że palacza zwłok daje się lepić jak ciasto, doskonale wpasowuje się jako jeden z dobrze naoliwionych trybów hitlerowskiej maszyny zagłady. Dramat polega właśnie na łatwości zaimplementowania zbrodniczej ideologii i wcale temu faktowi nie zaprzecza inny – Kopfrkingl jest oczywistym, konsekwentnym psychopatą. Tak jak partia nagina jego, tak on czyni z otaczającą go rzeczywistością – modeluje ją według własnego widzimisię.

Ciąg dalszy recenzji na stronie "Dziennika".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga