sobota, 6 sierpnia 2011

Misja niemożliwa?

Bywalcy multipleksów żyją obecnie "Genezą Planety Małp" i "Kapitanem Ameryką" (o których napiszę w tygodniu, gdyż od poniedziałku nadrabiam kolejne zaległości spowodowane Nowymi Horyzontami oraz wyjazdem wakacyjnym), a ja zrecenzowałem "Misję kadrowego".


U Erana Riklisa wszyscy pląsają niby w chocholim tańcu, a zmrożony zimowym lodem i śniegiem zaskorupiały świat trwa w wygodnej stagnacji. Obojętność wydaje się cechą nadrzędną, dzięki której silniejsze jednostki przetrwają darwinowską wojnę, bowiem współczucie, uczucie i altruizm człowiekowi nie przystoją. "Misja kadrowego" prowadzi widza przez wyludnione, posowieckie plenery, gdzie nad drzewami górują opuszczone reaktory atomowe, a zwykły ludzki odruch stoi na przegranej pozycji, zderzony z nadmiarem biurokratycznych procedur. Przez pierwsze kilkadziesiąt minut filmu można odnieść wrażenie, że obcuje się z kinem defetyzmu, choć materiały promocyjne obiecują komedię. I faktycznie – komizm jest, lecz nierozerwalnie spleciony z tragedią i, niestety, nader uproszczoną przemianą charakterologiczną głównego bohatera.

Ponurą wizję roztoczoną przez Riklisa rozświetla zwyczajna wiara w dobroć, pewnie nieco naiwna, acz szczera. Kadrowy z tytułu jest nieodrodnym dzieckiem swoich czasów, których obraz kreują popadające w przesadę, nierzadko kłamliwe media i bezduszne korporacje, a i on sam jest częścią systemu, trybikiem w dużej firmie piekarskiej. Znużony życiem człowiek otrzymuje zadanie, które w efekcie okaże się przyczynkiem do podróży jego życia – podróży w głąb siebie.

Dalszy ciąg recenzji na stronie "Dziennika".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga