niedziela, 14 sierpnia 2011

Już za chwilę, za chwileczkę... - "Avengers" coraz bliżej kin

Stało się - już tylko jeden krok, zaledwie kilka miesięcy dzieli nas od premiery "Avengers", filmu totalnego, spektaklu wyjątkowego, widowiska ultymatywnego. Przyznam, że jestem widzem świadomie ulegającym szałowi związanemu z ekranizacjami komiksów, z którymi dorastałem, więc już teraz mogę zapewnić, iż będę jednym z pierwszych, którzy w maju 2012 roku  stawią się pod drzwiami kina. No cóż, dla obecnych trzydziestolatków amerykańskie lata osiemdziesiąte przypadły na polskie dziewięćdziesiąte, a ja byłem jednym z tych, którzy bez skrępowania chłonęli zachodnią popkulturę, otwierając dla niej drzwi swojego domu i przyjmując z otwartymi ramionami. Zostało mi to zresztą do dziś, stąd moja słabość do komiksów, kina rozrywkowego sprzed dwudziestu paru lat, gier komputerowych i T-shirtów z dużymi nadrukami.


Powiedzenie jednak, że ostatnie adaptacje popularnych hitów ze stajni Marvel i DC żerują na sentymencie byłoby srogim przekłamaniem. Pamiętajmy, że w Stanach Zjednoczonych sztuka komiksu nadal trzyma się mocno, poszczególne tytuły mutują, asymilują się, przystosowują do obecnie panujących mód, gonią za trendami, nie tracąc jednak unikalnego charakteru. Nieprzypadkowo przecież powstają rebooty, czyli istne restarty słynnych serii, nowe wersje starych mitów popkultury dostosowane do wymagań nowoczesnego czytelnika. Niczym innym są imprinty typu Marvel Ultimate, mój osobisty faworyt Marvel Max (znani bohaterowie w opowieściach dozwolonych od lat osiemnastu, napakowanych przemocą, seksem i poruszających tematykę nienadającą się dla nastolatków) czy dziwactwa w rodzaju Marvel Noir (akcję Spider-Mana, X-Menów czy Punishera przeniesiono do lat trzydziestych, pozbawiając superbohaterów ich mocy, co dało interesujące skutki - na przykład ekipa Charlesa Xaviera to banda szaleńców wierzących, że psychopatia jest kolejnym, wyższym stadium rozwoju ludzkiego). Dla widzów w Polsce filmowy produkt firmowany logiem Marvel to nadal często tylko kolejny blockbuster, bowiem komiksowa mitologia staje się nieaktualna i trudna do odszyfrowania dla tych z nas, którzy nie śledzą amerykańskiego rynku. Nie oznacza to oczywiście, że są to rzeczy hermetyczne, nic bardziej mylnego, ponieważ w przypadku "Iron Mana", "Thora" czy "Kapitana Ameryki" licencja pełni jedynie funkcję pomocniczą, a film sam sobą prezentuje satysfakcjonujący poziom pod względem rozrywkowym i artystycznym, przy okazji będąc nie lada gratką dla fanów papierowego pierwowzoru. Obecnie kino rozrywkowe z komiksem w tle również przechodzi dynamiczną  i gruntowną metamorfozę - bo musi prężnie dostosowywać się do szerokiego grona odbiorców. Co, jak widać, udaje się, wszak "Iron Man" zachwycił i oddanych fanów komiksu, i sporą część krytyki, i widzów nie dbających o licencję, spragnionych jedynie dobrego kina popcornowego. Nie inaczej jest też z "Kapitanem Ameryką", choć ośmielę się powiedzieć, że Joe Johnston zagrał odważnie. W jego filmie otoczka retro nie jest jedynie kostiumem, momentami z ekranu bije naiwność  i tandeta charakterystyczna dla wczesnych adaptacji komiksowych - i chwała mu za to. Nie wszyscy kupią taką stylistykę, lecz ci z nas, zakochani w tak bardzo przecież niedoskonałych filmach przygody i akcji z lat osiemdziesiątych, archaicznych komiksach TM-Semic i kreskówkach o superbohaterach emitowanych przez zagraniczne stacje, z których nie rozumiało się ani jednego słowa, z pewnością docenią ten ukłon w swoją stronę. A "Avengers"? To będzie zupełnie inna bajka, i trudno mi dumać, co tam napakują, choć zjem pierwsze polskie wydanie "Spider-Mana", jeśli nie zostanie tam umieszczona scena, w której Tony Stark stroi sobie żarty z odmrożonego Steve'a Rogersa, dziwiącego się technologicznie zaawansowanemu światu, w którym przyszło mu się zbudzić, co pozwala mi sądzić, iż poznałem już dobrze tego czy tamtego przebierańca. I dzięki tej myśli czuję się trochę bezpieczniej i bardziej komfortowo, bo wiem, że za te kilkadziesiąt tygodni spotka mnie coś nowego, ale jednak znajomego, niczym wizyta u dawno niewidzianych przyjaciół.

Film "Captain America: Pierwsze Starcie" obejrzałem dzięki uprzejmości kina Helios.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga