niedziela, 28 sierpnia 2011

Hiszpański weekend (część trzecia) - od "Oczu Julii" do "Skóry, w której żyję"


Ostatnimi laty Hiszpania stała się centrum europejskiego kina niesamowitego, zdobywając sobie szacunek widzów i krytyki dziełami wymykającymi się prostej klasyfikacji gatunkowej, zrealizowanymi z odświeżającą werwą i w eleganckim stylu. Moda na iberyjski film niepokojący nie słabnie – do kin wchodzi „Agnozja”.

I choć obraz w reżyserii Eugenia Miry to film nierówny, niemniej godny jest uwagi. Prowadzona kampania marketingowa może zwieść potencjalnego widza, gdyż usiłuje się wmówić mu, że będzie miał do czynienia z kolejnym horrorem, podczas gdy „Agnozji” bliżej jest do love story, lecz opowiedzianej według zasad dreszczowca. Interesujący jest właśnie sposób, w jaki dochodzi na ekranie do zespolenia różnych elementów na pozór sprzecznych, tym bardziej że „Agnozja” uwodzi barokowym wręcz bogactwem środków. Mira akcję swojego filmu osadził w paradoksalnej futurystycznej przeszłości, nieistniejącej rzeczywistości zbudowanej na gruncie estetyki steampunk łączącej współczesną fascynację naukowymi osiągnięciami wiktoriańskiej rewolucji industrialnej i fantastykę. Mimo tej wartości odrealnionej, świat „Agnozji” rządzi się wszelkimi znanymi nam prawami, co umożliwiło poprowadzenie całkowicie wiarygodnej, acz niepozbawionej pierwiastka niesamowitości, intrygi szpiegowskiej. By nie ujawnić zbyt wiele z zaplątanego scenariusza, zakończmy rozważania stwierdzeniem, iż „Agnozja” jest filmem symptomatycznym dla współczesnego, hiszpańskiego kina niepokojącego, a może nawet tytułem granicznym – czas pokaże. Nieprzypadkowo jednak została wysnuta właśnie taka konkluzja, bowiem, mimo oczywistych zalet, obraz Miry jest dziełem w dużej mierze niezdecydowanym i chaotycznym, oddającym doskonale obecny stan ducha iberyjskiego kina z pogranicza filmu grozy. Bo jeśli spojrzeć na tegoroczne premiery, zauważymy, iż w repertuarach polskich przybytków X muzy znalazły się dwa tytuły zupełnie odmienne, ale znakomicie dowodzące prawdziwości powyższego twierdzenia o kłopotliwej dla hiszpańskich filmowców sytuacji – „Oczy Julii” oraz „Skóra, w której żyję”.

Film „przed” i film „po”

Jeśli, na potrzeby tego tekstu, uznamy „Agnozję” za tytuł graniczny, po obu jej stronach zauważymy produkcje niezwykle charakterystyczne. W marcu tego roku premierę w naszych kinach miał film „Oczy Julii”, obraz poprawny, lecz ze wszech miar wtórny, poniekąd reprezentujący wyświechtaną już konwencję hiszpańskiego horroru, którą kilka lat temu zachłysnęła się światowa publika i którą zdążyła się już do tej pory znudzić. Reżyser Guillem Morales nie podjął wyzwania, najwyraźniej bojąc się ryzyka wynikającego z eksperymentu, i zrealizował dzieło formalnie i treściowo bezpieczne, standardowy straszak z ograniczonymi ambicjami. I choć film zadanie swoje spełnia, a „Oczy Julii” w gruncie rzeczy nie odstają znacznie poziomem od lubianych produktów hiszpańskiego kina nadnaturalnego, rozczarowują właśnie z powodu swojej zachowawczości. Ciekawe jest, iż punkt wyjścia filmu Moralesa wykazuje pewne podobieństwa z „Agnozją”, bowiem i w jednym, i w drugim dziele mamy do czynienia z chorobą zaburzającą widzenie.

Dalszy ciąg przeczytacie w portalu Zwierciadlo.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga