piątek, 26 sierpnia 2011

Hiszpański weekend (część pierwsza) - recenzja "Agnozji"

Złożyło się tak, że ostatnimi czasy przyszło mi pisać sporo o hiszpańskim kinie niepokojącym, w związku z czym w ten weekend codziennie serwował będę odpowiednie teksty, które pokazały się tu i ówdzie. Dzisiaj recenzja świeżej premiery - "Agnozji".


Próbuje się sprzedać ten film jako mroczny dreszczowiec, kolejne epigońskie dzieło hiszpańskiego kina – tego niepokojącego, wyrastającego na gruncie „Sierocińca” i „Labiryntu Fauna”. I choć „Agnozja” rzeczywiście jest spowinowacona z thrillerem, reżyser wznosi jednak rusztowanie składające się z przeróżnych chwytów gatunkowych po to, by służyły za swoistą podporę prawdziwemu tematowi – historii miłosnego trójkąta. W istocie bowiem jest to złożone, melancholijne love story. Do sedna tej opowieści przebijać się trzeba przez kolejne rozpraszające uwagę oglądającego warstwy fabularne. Nie to, żeby cała retrofuturystyczna otoczka i zalążek szpiegowskiej intrygi były zbędne, ale zmuszanie widza do stałej podzielności uwagi jest tylko środkiem wiodącym do celu. Na zestawieniu kontrastów stylistycznych i nagromadzeniu bogactwa środków wyrazu reżyser przewrotnie eksponuje główny, romansowy wątek.

Rzecz dzieje się w dziewiętnastowiecznej Hiszpanii, a bohaterką jest Joana Prats, cierpiąca na rzadką, uciążliwą, wręcz uniemożliwiającą samodzielną egzystencję chorobę neurologiczną, tytułową agnozję. Mówiąc precyzyjniej – mózg dziewczyny nie jest w stanie odbierać wizualnych i werbalnych bodźców z otoczenia, wypacza je, wyolbrzymia i zniekształca. Joana jest córką znanego naukowca, który opracował pierwszy na świecie projekt lunety snajperskiej. Znając możliwości nowo opracowanej soczewki, doktor Prats nie chce wprowadzić wynalazku do masowej produkcji, wiedząc, że zbyt łatwo stanie się narzędziem mordu. Po jego śmierci na formułę matematyczną pozwalającą wytworzyć lunetę czyhają ludzie, którzy posuną się do wszystkiego, by ją zdobyć. Na domiar złego wierzą, że wzór zna Joana i chcąc wydobyć od niej cenne informacje, wykorzystują chorobę młodej kobiety dla realizacji pokrętnego planu.

Lecz zdeprawowani przedsiębiorcy nie znają potęgi uczucia, które połączy wysłanego przez nich figuranta, podającego się za przyszłego męża dziewczyny, i Joanę. Dość szybko film zrywa z ułudą sensacyjnego widowiska, a reżyser odkrywa karty – interesuje go sensualność, namiętność, cielesność miłosnego aktu. Oczywiście pierwiastek thrillera nadal jest obecny, bowiem dziewczyna przebywa, pod pozorem terapii, w dźwiękoszczelnym, zaciemnionym pokoju przypominającym kokon, a przez ekran przemykają tajemnicze, zamaskowane postacie. Kamera pokazuje też, niestety zbyt rzadko i raczej niechętnie, świat z fascynującej perspektywy Joany. Przed widzem rysuje się wtedy zupełnie nowa, przerażająca rzeczywistość, widziana jakby przez soczewkę powiększającą.

Dalszy ciąg recenzji przeczytacie na stronie miesięcznika "Kino".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga