sobota, 20 sierpnia 2011

Ekshibicjonizm ducha – "Ostatnie tango w Paryżu" czterdzieści lat później

Zanim z Piotrkiem Plucińskim pogadamy sobie o "Conanie barbarzyńcy" i opublikujemy naszą rozmowę, zapraszam do lektury recenzji innej premiery tego tygodnia, która ukazała się we wczorajszym "Dzienniku".


Można dyskutować nad powodami, przez które przed czterdziestoma laty młodziutka Jeanne, której ślub majaczył już na horyzoncie, wdała się w romans z dwukrotnie od siebie starszym wdowcem. Można próbować rozłożyć ich związek na czynniki pierwsze. Można prowadzić niekończące się dysputy na jego temat. Można, ale nie trzeba, bowiem przekornie film Bertolucciego nie wymaga od widza chłodnego, analitycznego spojrzenia, ale wręcz rzuca wyzwanie naturalnej potrzebie racjonalizacji. "Ostatnie tango w Paryżu" to istny ekshibicjonizm ducha, choć wydawać by się mogło, że trudno o film bliższy tematowi cielesności. Owszem, seks jest tutaj istotny, ale nie stanowi celu, lecz środek, staje się narzędziem, za pomocą którego czterdziestoczteroletni Paul usiłuje zalepić zionącą w jego życiu dziurę powstałą po samobójstwie żony.

Poznaną przypadkowo Jeanne traktuje instrumentalnie, a dziewczyna podporządkowuje się mężczyźnie bez mrugnięcia okiem, chcąc uciec choćby na chwilę od swojego narzeczonego, opętanego kompulsywną potrzebą rejestrowania rzeczywistości za pomocą kamery – zresztą w sekwencjach z jego udziałem Bertolucci zwrócił ostrze swojej satyry w kierunku przedstawicieli francuskiej nowej fali. Zasada potajemnych spotkań w pustym mieszkaniu w jednej z paryskich kamienic jest prosta – żadnych imion, żadnych historii, żadnych zwierzeń. I żadnych uczuć. Kiedy ostatni punkt niepisanego regulaminu zostanie złamany, iluzja pryśnie. Obcy sobie ludzie, perfekcyjni nieznajomi, nie będą już dla siebie Mężczyzną i Kobietą, a Paulem i Jeanne.

Dalszy ciąg recenzji na stronie "Dziennika".

7 komentarzy:

  1. Sporo czasu minęło od mojego ostatniego seansu "Ostatniego tanga...", więc wiele już nie pamiętam, ale zdziwiła mnie uwaga o krytyce Nowej Fali. Bertolucci był protegowanym Godarda, a jego wcześniejsze filmy były pod całkiem mocnym wpływem Nouvelle Vague. Czyżby "Ostatnim tangiem..." się od tego odcinał?

    OdpowiedzUsuń
  2. Oczywiście mogę się mylić, ale wydaje mi się, że poprzez ukazanie bezsensu działań narzeczonego Jeanne (który biegając po ulicach Paryża kręci film będący sztuczną i wymuszoną relacją ze wspólnego życia przyszłych małżonków), Bertolucci pozwala sobie na szyderstwo, wyśmiewa radykalizm niektórych twórców Nowej Fali. Pokazuje tym samym, że w rzeczywistości kamera przyporządkowuje sobie "prawdziwe" życie, a nie odwrotnie. Podobna próba rejestracji kończy się wypaczeniem, bo wypada zadać sobie pytanie - czy to, co dzieje się przed kamerą nie jest po prostu wymuszone przez obecność ekipy filmowców.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Każdy montaż jest kłamstwem" - powiedział kiedyś Godard. Zapewne po kolejnej udanej próbie uratowania kina od ostatecznej zagłady;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Gdzieś mi wcięło połowę komentarza:

    Z jednej strony brzmi przekonująco to, co napisałeś, ale z drugiej może właśnie Bertolucciemu chodziło o coś zgoła odwrotnego względem Nowej Fali. Nie o jej krytykę, lecz przypomnienie jednej z jej tez odnośnie filmowania rzeczywistości. Ale to już trochę gdybam. Bo także nowofalowych filmów już dawno nie widziałem. Tyle filmów do odświeżenia, że aż głowa boli.

    OdpowiedzUsuń
  5. Zainteresowała mnie ta kwestia i zacząłem trochę grzebać - znalazłem esej autorstwa E. Ann Kaplan, który znakomicie obrazuje to, o czym pisałem:

    "LAST TANGO IN PARIS is an important film because of the way it deals with film history. By showing the inadequacy of and parodying two recent influential film styles, 1950s Hollywood and French New Wave, Bertolucci critiques and condemns the outmoded ideas and attitudes which informed these styles. (...) Tom, of course, is a parody of the Godardian New Wave filmmaker, running around putting up his fingers to make camera shots out of everything, and apparently not knowing or caring what Jeanne is doing. He is fittingly played by Jean Pierre Leaud, who was discovered by Truffaut as a child and has since played in many New Wave movies, looking increasingly like Truffaut himself. Tom is characteristically in the New Wave ethos in trying to make a film about the progress of his love affair leading up to his marriage. His crew creep around after Jeanne, filming her meetings with Tom and then filming her childhood mansion complete with relics from the past. Real life and the world of their film become so entangled that it is hard to say anymore what their reality is. Jeanne’s life becomes the film; the film becomes their reality together; they live the film rather than making a film imitating their lives. (...) As it stands, the ending appears to be merely one more parody of Godard and New Wave cinema."

    I źródło:

    http://www.ejumpcut.org/archive/onlinessays/JC04folder/LastTango.html

    OdpowiedzUsuń
  6. hymm...ciekwy film, bardzo ciekawy bym mogla rzec. Oglądalam, go ok rok temu, ale nie ze wzgledu na to jak zostal nakrecony i prze kogo, ale w sumie dlatego ze grał tam Marlon Brando(:D)-wspanialy aktor. Niektore sceny seksualne wzbudzaly u mnie obrzydzenie ale i zarazem jakies niwyjasnione zaciekawienie, tego co bedzie dalej. BTW: Genialny plakat!!!!

    OdpowiedzUsuń
  7. Czy widziałaś może "Koszmary" (aka "Nightcomers")? Myślę, że tam Brando również by Ci się spodobał - podobnie elektryzująca, kipiąca seksualną energią rola, a film w swojej treści i formie bardziej powściągliwy. Na podstawie "W kleszczach lęku" Jamesa.

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga