wtorek, 5 lipca 2011

Zabić Bono, zniszczyć U2

W zeszłym miesiącu informowałem o książce "Killing Bono", którą miałem przyjemność tłumaczyć dla wydawnictwa Replika. O czym traktuje ta naprawdę świetna powieść dowiecie się z notki zamieszczonej na tylnej stronie okładki, mojego poprzedniego wpisu albo pojawiających się w sieci, pierwszych recenzji. Możecie też przeczytać wywiad, który dla portalu Onet.pl przeprowadziłem z Neilem McCormickiem - pisarzem, dziennikarzem muzycznym i wspaniałym kolegą.


Bartosz Czartoryski: Neil, większość z nas, choć marzy o sławie, nie ma tyle zacięcia i odwagi, by spróbować po nią sięgnąć. Ty miałeś, ale często dostawało ci się za to po głowie. A więc – warto było próbować?

Neil McCormick: Pewnie, że było warto. Życie jest, jakie jest, a wszystko, co spotykasz na swojej drodze, składa się na to, kim jesteś, klęski są tak samo ważne jak odnoszone zwycięstwa. Właściwie na błędach można nauczyć się o wiele więcej. Istnieje takie powiedzenie, które często można usłyszeć w popularnych amerykańskich filmach, a także na nabuzowanych testosteronem spotkaniach biznesowych: “porażka nie wchodzi w grę”. Nienawidzę tego tekstu. Porażka zawsze wchodzi w grę, a czasem nie jest ona wcale najgorszym rozwiązaniem. Gdy dorastamy, wiemy już, że musimy uważać na własne marzenia, ponieważ zbyt często ich spełnienie okazuje się najgorszą rzeczą, jaka może się nam przytrafić. To, co chcesz i to, czego potrzebujesz to dwie różne rzeczy. Ale zdaję sobie sprawę, że trudno byłoby wytłumaczyć cokolwiek młodszej wersji siebie. Młodość ma swoje zrywy, a mną kierowała wtedy pasja oraz ego, liczyłem, że zaprowadzą mnie do Ziemi Obiecanej... no i okazało się, że takie miejsce nie istnieje. Myślę, że wszyscy odbywamy podobną podróż, by wreszcie pogodzić się z własną młodością i dawnymi marzeniami. To żaden wstyd, bo jest to podróż w poszukiwaniu pewnej mądrości, a przynajmniej tak stało się w moim przypadku. Myślę, że Bono podążył inną ścieżką. Pisząc swoją książkę, myślałem o tym wszystkim, zdawałem sobie sprawę, że moja praca polega na tym, by we własnym życiu wyszukać jakieś uniwersalne tematy, do których każdy potrafi się odnieść. Nie było to specjalnie trudne, bowiem większość z nas ma zazwyczaj częściej do czynienia z porażką niż sukcesem, szczególnie w takiej branży jak muzyczna, czy ogólnie artystyczna. No i pisząc tę książkę, podświadomie chciałem obrócić swoje niepowodzenia w sukces.

Zastanawia mnie, czy pisanie było dla ciebie pewnym rodzajem egzorcyzmu, który odprawiłeś, by odgonić od siebie demona sławy?

Jak wielu zapalonych czytelników, chciałem po prostu napisać książkę. Właściwie było to pragnienie wyniesione jeszcze z dzieciństwa, tak samo bardzo chciałem być pisarzem, jak i gwiazdą rocka. No i w sumie teraz zajmuję się zawodowo pisaniem, ale kiedy przyszło do pracy nad formą dłuższą niż artykuł w gazecie, opanował mnie paraliż. Zostałem przygnieciony przez te wszystkie wspaniałe książki, które przeczytałem w swoim życiu, i zapytałem sam siebie, czy faktycznie mam do powiedzenia coś na tyle ciekawego, by dołączyć do grona literatów. W tysiącach księgarń i bibliotek półki uginają się od książek, których człowiek nie jest w stanie przeczytać, choćby miał na to całe życie. Stałem przed tymi woluminami i zastanawiałem się, czy mam do przekazania coś oryginalnego. I któregoś dnia olśniło mnie, że najlepsza historia, jaką dysponuję, to moja własna. Z powodów, o których już mówiłem, czułem, że moje bolesne ambicje dojrzewające w cieniu  znanego przyjaciela to świetny materiał, na podstawie którego można opowiedzieć o naszej obsesji sławy, charakterystycznej dla człowieka nowoczesnego. Poza tym myślałem również o przegranej jako cnocie, pewnej wartości. Książka stała się dla mnie punktem wyjścia dla rozmaitych rozważań, jest pełna dygresji na przeróżne tematy jak polityka, religia, muzyka czy sprawy duchowe. Faktycznie, w pewnym sensie był to dla mnie egzorcyzm, ale chyba samo pisanie nim jest. Zanim zasiadłem do „Killing Bono”, musiałem stoczyć walkę z zazdrością i udaremnionymi przez los marzeniami, które są tematem książki. Miałem wtedy czterdzieści parę lat i, filozofując, można powiedzieć, że moje życie podążało właściwą drogą. Nie chcę przez to powiedzieć, że pisało mi się łatwo, gdyż musiałem skonfrontować się ze sobą, z młodzieńczymi ekscesami, klęskami i wojowniczo egoistyczną pewnością siebie. Czasem czułem się poniżony własnymi słowami, ale także kierowała mną determinacja, by odnaleźć w tym wszystkim jakieś pozytywy, ponieważ taka autonegacja może w pewnej chwili stać się męcząca i nieatrakcyjna dla czytelnika. Łatwiej jest zauważyć we własnym życiu wady niż zalety i są one zdecydowanie zabawniejsze, ale, jak mówiłem, skrycie liczyłem na to, że przekuję klęskę w sukces. Sama żądza sławy jest bardzo młodzieńcza, niedojrzała. Oczywiście cieszę się, że ktoś docenia moją pracę, ale nie potrzebuję, by każdy wstawał z krzesła, gdy wchodzę do pokoju. Czemu w ogóle chcemy być sławni? Pewnie po to, by narzucić światu swoje ego, by udowodnić, że istniejemy. Cóż, uważam, że robimy to za każdym razem, gdy coś tworzymy, piszemy. Stajemy się kimś, choćby jedynie w obrębie edytora tekstu.

Dalszy ciąg wywiadu znajdziecie w portalu Onet.pl.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga