środa, 20 lipca 2011

Z różowym rewolwerem u boku - 11. MFF Nowe Horyzonty

Nowe Horyzonty za pasem, bo już jutro. Rozpisywał się więc nie będę, bo pewnie śpieszycie się na pociągi, autobusy czy samoloty, albo pakujecie już rzeczy na te jedenaście festiwalowych dni. Poniżej zamieszczę jedynie fragment mojego przewodnika po kilku punktach repertuaru. Cały tekst znajdziecie w magazynie "Hiro". A pod fragmentami pozwolę sobie wrzucić link do mojego wywiadu z Marcinem Pieńkowskim, rzecznikiem prasowym imprezy, który przybliży nieco strukturę Nowych Horyzontów i opowie o paru filmach. Kilka moich tekstów znajdziecie również w festiwalowym katalogu. Do zobaczenia w kinie!




W obliczu japońskiego kina seksploatacyjnego, westernów ze wschodu czy filmów Jacka Smitha, twórczość amerykańskiego Pythona wydaje się polskiemu widzowi po prostu znajoma – co nie oznacza, że nie będzie on chętny odkryć na nowo wspaniałego „Brazil”, „12 Małp” albo „Las Vegas Parano”. Gilliam zjawi się we Wrocławiu osobiście, lecz istnieje obawa, że jego obecność zostanie przyćmiona rzeczonym repertuarem, wszak trudno będzie odmówić sobie seansów z pinku eiga, filmami w pewien socjologiczny sposób symptomatycznymi dla kultury Kraju Kwitnącej Wiśni. Nurt ten znakomicie opisuje japońską seksualność z jej cenzurą (na przykład – nie wolno na ekranie pokazywać genitaliów) i jednoczesną perwersyjnością, fetyszem. (...) Mnie w szczególności cieszy, iż „Noc żywych trupów” zostanie wyświetlona na dużym ekranie obok filmów Lyncha czy Watersa, bowiem horror w Polsce nie doczekał się chyba nigdy wcześniej podobnej nobilitacji. Zresztą grozy nie zabraknie także i w innych sekcjach. Wystarczy wspomnieć chociażby o panoramie kina norweskiego, w ramach której pokazane zostaną filmy „Zombie SS” i „Łowca trolli”, znakomite obrazy łączące, bez zbytniej pretensji i ostentacji, horror z humorem Będzie też próbka skandynawskiego kina śmieciowego w postaci „Komandor Treholt i grupa specjalna Ninja”, pozycji nawiązującej do amerykańskiego filmu akcji i bijatyk z Hong-Kongu. (...) Czerwone westerny, czyli filmy o kowbojach i traperach wyprodukowane w państwach bloku wschodniego to kolejny obowiązkowy punkt programu znakomicie obrazujący wpływ amerykańskiej kultury filmowej na kinematografie wschodnie, innymi słowy – co kraj, to western. Kręcili wszyscy: Bułgarzy, Rumuni, Rosjanie, Czesi i Słowacy. Mimo że sama idea komunistycznego Dzikiego Wschodu może brzmieć odstraszająco dla widzów przyzwyczajonych do rewolwerowych pojedynków puszczanych w niedzielne popołudnie w telewizji, warto zapoznać się z prawdziwymi arcydziełami, jak chociażby „Według prawa” Lwa Kuleszowa. (...) Będą też oczywiście, jak co roku, sekcje konkursowe i panorama kina światowego, czyli pojawi się szansa zobaczenia filmów pokazywanych na międzynarodowych festiwalach oraz nadrobienia wstydliwych zaległości (czy ktoś jeszcze nie widział wspaniałego, halucynacyjnego „Wkraczając w pustkę” Gaspara Noe?). A moim faworytem jest „Michael”, austriacki film o pedofilu, który w piwnicy swojego domu więzi małego chłopca. Kino niepokojące, ale pozbawione perfidnej sensacyjności. (...) Na ostatnie jedenaście dni lipca Wrocław is the place to be.

A oto wywiad z Marcinem Pieńkowskim, który ukazał się w dzienniku "Metro".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga