środa, 13 lipca 2011

"The Shrine" - horror z polskiej wsi rodem

Kilka miesięcy temu do sieci trafił trailer niskobudżetowego horroru kanadyjskiego, w którym nie było absolutnie nic wyjątkowego poza pewnym, acz istotnym dla polskiego widza szczegółem - rzecz miała dziać się w kraju nad Wisłą, w naszej ojcowiźnie, a do tego zaraz za sąsiedzką miedzą, na wsi dechami zabitej. A skoro Ontario udaje peryferyjną Rzeczpospolitą, dla nas "The Shrine" staje się lekturą obowiązkową.


Aż dziw, że nikt z rodzimych pieniaczy nie zrobił w Parlamencie Europejskim czy gdziekolwiek indziej afery, że taki film nakręcono, choć pewnie niejeden wyległ na ulicę z transparentem głoszącym "USA HELP", jak to ostatnio jest modne wśród protestujących. Zapewne niektórzy z Was pamiętają oburzenie, które wywołał na Słowacji film "Hostel", gdzie nadobne dziewoje zaganiały turystów do tytułowego przybytku prężąc się przy tym okrutnie. Nawet jakiś rządowy oficjel zaprosił reżysera Eliego Rotha, protegowanego samego Quentina Tarantino, na Słowację, by ten mógł przekonać się, że jego wyobrażenie o naszych sąsiadach jest mocno skrzywione. A do nas nikt Jona Knautza nie zaprosił. Jeszcze można nadrobić, a nawet trzeba, bo gotów nakręcić sequel, by sprowokować jakąś reakcję, a tego byśmy nie chcieli. Może przesadzam, może "The Shrine" nie jest filmem tak złym jak to maluję, lecz zdaję sobie sprawę z tego, że nigdy bym po niego nie sięgnął, gdyby nie polski akcent. Byłem autentycznie ciekaw jak wykorzystany zostanie nieczęsto eksploatowany przez kino zachodnie kulturowy kontekst. Okazało się, że nijak. Merytoryczne przygotowanie Knautza ograniczyło się chyba tylko do ukradkowego zajrzenia do pierwszego lepszego przewodnika turystycznego, wydanego w dodatku pół wieku temu, bo u niego polscy rolnicy nadal szyją swoje własne ciuchy (oczywiście wszystkie kreacje wyglądają jak kostiumy z gier terenowych typu "W poszukiwaniu Swarożyca") i całują księdza w sygnet po wyjściu z kościoła. Alvania, w której bohaterów "The Shrine" spotka nieszczęście, przypomina raczej komunę amiszów, niż to, co codziennie widzę z okna swojego domu. Trzeba jednak oddać reżyserowi jedno - docenił dokonania naszego Ministerstwa Edukacji i nawet w tak zapadłej dziurze jak ta z filmu, wszyscy chwytają w lot angielski, jak przykazano. Ano właśnie, tutaj niespodzianka, bowiem Knautz nie poszedł na zwyczajową łatwiznę, której można było się spodziewać - spora część dialogów jest mówiona po polsku! Tak jest! I to przez Czechów, Rosjan i Kanadyjczyków (nie jestem pewien, ilu Polaków wystąpiło w filmie, lecz strzelam, że dwóch, góra trzech). Stało się tak nieprzypadkowo, gdyż Knautz miał całkiem interesujący zamysł - kwestie wypowiadane w języku Mickiewicza nie mają angielskich podpisów, by widz za Oceanem mógł poczuć się równie zagubiony, co ekipa dziennikarzy poszukująca swojego kolegi w dalekiej Polsce. I jeszcze słowo wyjaśnienia - osobiście nie czuję się w  żaden sposób urażony takim portretem swojego kraju, w przeciwieństwie do zadziwiająco sporej części moich rodaków wypisujących w Internecie inwektywy pod adresem ekipy odpowiedzialnej za "The Shrine". No bo jak można się dąsać, kiedy reprezentuje nas rosły blond rębajło Henryk, grany przez gościa legitymującego się imieniem Trevor Matthews, istny Polak z naszych marzeń i wyobrażeń - silny, muskularny, przystojny (choć o fizjonomii umiarkowanego troglodyty), odważny, kosą wywija aż miło i prosiaka umie jednym ruchem rozciąć wzdłuż. No i ksenofob. Ale nie socjopata, bo jego niechęć do obcych ma swoje racjonalne podstawy, których ujawnić mi nie wolno, bo popsuję seans. A przyznać muszę, że był  on istotnie ciekawym doświadczeniem. I na tym zakończę.

2 komentarze:

  1. Pięknie nasz język tam kaleczą.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mówią lepiej niż niektórzy ludzie, których słyszę na ulicy :]

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga