niedziela, 31 lipca 2011

Płacz i zgrzytanie zębów?

Niekoniecznie, bo "Karen płacze w autobusie" to film dający się obejrzeć bez większego bólu, ale ochy i achy też nam nie grożą. Kilka słów na ten temat napisałem w piątkowym "Dzienniku" i poniżej zamieszczam recenzję. A jutro małe podsumowanie Nowych Horyzontów i (nareszcie) w pełni oryginalny wpis, nie przedruk, o "Skórze, w której żyję".



Nieco antypatyczny tytuł ma swoje uzasadnienie, ilustruje bowiem wykorzystaną w filmie klamrę kompozycyjną. I choć w pierwszych sekundach to właśnie Karen szlocha w kącie miejskiego autobusu, w finale jej miejsce zajmuje ktoś inny. Kobieta wychodzi na przystanek z podniesioną głową. A było niemal pewne, że w konserwatywnej Bogocie pozbawiona pomocy materialnej niekochanego męża była skazana na zatracenie. Z początku wydaje się, że jej małżonek Mario miał rację, mówiąc, iż Karen nic nie potrafi, wszak po wyprowadzce z domu kończy w obskurnym hoteliku, zmuszona jest żebrać i kraść. Dopiero przyjaźń z mieszkającą po sąsiedzku fryzjerką pomoże kobiecie wyjść na prostą i spełnić marzenie o duchowej i materialnej emancypacji.

Gabriel Rojas Vera przyciężkawo buduje nawiązania do "Domu lalki" Ibsena, upierając się przy jednoznacznym, feministycznym odczytaniu dzieła, podczas gdy jego film dotyka szerszego spektrum tematycznego. Chodzi raczej o dążenie do osobistej wolności i niezależności od społecznych konwenansów.

Dalszy ciąg - na stronie "Dziennika".


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga