niedziela, 10 lipca 2011

Monstery ze Strefy X

Z rocznym poślizgiem wszedł do naszych kin jeden z najciekawszych filmów letniego sezonu - "Strefa X" Garetha Edwardsa. Kto jeszcze nie widział, niech czym prędzej pędzi na seans, bo w tym przypadku powiedzenie lepiej późno niż wcale wydaje się niezwykle trafne. Dlaczego jest to pozycja obowiązkowa, starałem się wytłumaczyć w recenzji filmu, która ukazała się w wakacyjnym numerze magazynu "Kino".


Film o ludziach, choć tytuł oryginalny – „Monsters” – mówi o potworach. Esencja kina autorskiego zamknięta w dziewięćdziesięciu kilku minutach kameralnego spektaklu. A wydawałoby się, że minimalizm we współczesnym science-fiction jest niepożądany, bo niejako z natury niekomercyjny, mało w nim wizualnej wystawności, charakterystycznej dla wielkich dzieł gatunku. W dobie szalejących efektów specjalnych za grube miliony film Garetha Edwardsa z definicji skazany mógł zostać na los niskobudżetowej produkcji, przeznaczonej bezpośrednio do obiegu sklepowego. Reżyserowi, autorowi scenariusza, operatorowi i grafikowi w jednej osobie udało się jednak wypromować swoje dzieło właśnie poprzez całkowite odsłonięcie się – informacja o pięciuset tysiącach dolarów wydanych na realizację stała się hasłem, wokół którego rosło zainteresowanie filmem. Ale przecież nie o fundusze zgromadzone przez Edwardsa chodzi, lecz o nieprzeciętne umiejętności tego brytyjskiego filmowca, który zrobił film nietuzinkowy, wykazując się już w pełnometrażowym debiucie wrażliwością i perfekcyjnym wyczuciem materii kina.

Na początku – prosty zabieg. Tło zarysowują wyświetlane na ekranie plansze z napisami, które streszczają wydarzenia ostatnich lat. Sonda wysłana w kosmos przez NASA rozbiła się na granicy Meksyku i Stanów Zjednoczonych. Wyprawa udała się o tyle, że udowodniono istnienie życia pozaziemskiego, lecz za tę wiedzę zapłacono wysoką cenę. Nieznane wcześniej nauce organizmy, przybyłe na naszą planetę wraz z sondą, rozwijają się w zawrotnym tempie. Rządy obu krajów łączą siły i wyznaczają w Ameryce Środkowej strefę kwarantanny, otaczając ją betonowym ogrodzeniem, przywołującym skojarzenia zarówno z Wielkim Murem chińskim, jak i z tym berlińskim. W filmie Edwards zdaje się pytać, kto naprawdę jest zamknięty, gdzie znajduje się wewnątrz, a gdzie zewnątrz, wszak tytułowe monstra okazują się w dużej mierze istotami niegroźnymi, raczej nieprzewidywalnymi jak sama natura. Kosmiczne organizmy stają się niewidzialnym wrogiem zasypywanym rakietami i bombami; pierwsze sceny filmu przywołują na myśl relacje wojenne z Iraku czy Afganistanu – wojsk przeciwnika nawet nie widać, lecz każe się nam wierzyć, że gdzieś tam są, przyczajone i gotowe do ataku. Edwards nie prowadzi jednak dysputy z widzem na tematy polityczne, jak robił to z pewną pretensją Neil Blomenkamp w „Dystrykcie 9”, nie ma też zamiaru (oraz środków) robić ze swojego debiutu widowiska w rodzaju „Projektu: Monster” Matta Reevsa, choć oba te filmy często zestawia się nieopatrznie ze „Strefą X”.

Dalszy ciąg recenzji przeczytasz na stronie miesięcznika "Kino".


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga