niedziela, 3 lipca 2011

Michael Bay puka w spód dna - "Transformers 3" w kinach

Nie widziałem żadnego z dwóch poprzednich filmów wchodzących w skład serii "Transformers", dlatego też część trzecia zastała mnie z opuszczoną gardą. Byłem widzem zupełnie bezbronnym, nie spodziewałem się uderzenia tak mocnego, że aż zbije mnie z nóg. Moich podejrzeń nie wzbudził nawet zwiastun, a co więcej, aż wstyd przyznać, to właśnie on zachęcił mnie do wycieczki do kina. No i może jeszcze nazwisko Spielberga widoczne w czołówce.


"Transformers 3" okazał się filmowym półproduktem. I uprzedzam ewentualnie pytania - nie, nie oczekiwałem dzieła na miarę "Tam, gdzie rosną poziomki" Bergmana, nie liczyłem na kreacje aktorskie godne występu Toshiro Mifune w "Rudobrodym" i nie wyglądałem mistrzowskich zdjęć firmowanych nazwiskiem Antonio Delli Colli. Gwoli ścisłości dodam, że byłbym ostatnią osobą, która odrzucałaby widowiskowość filmowego spektaklu, nawet jeśli miałaby ona być wartością samą w sobie. Innymi słowy - efekciarstwem i mnie można uwieść. Mimo tego podczas lektury nowego dzieła Baya czułem jedynie zażenowanie. "Transformers 3", mówiąc wprost, nie trzyma się kupy, treściowo i formalnie. Dawno nie widziałem filmu tak rozlazłego, niekoherentnego i irytującego. Bayowi brak dobrego smaku, bez wyczucia zmienia estetykę, przez co fabuła i styl skrzypią niczym nienaoliwione zawiasy. "Transformers 3" to dwu i półgodzinny koszmar, miałem wrażenie, jakby reżyserowi szkoda było wyciąć choćby sekundę ze swojego dzieła, efektem czego mnóstwo niepotrzebnych scen i mordercze wydłużenie czasu trwania seansu. Może i film o wielkich robotach powinien być chłodno wykalkulowany, ale najwyraźniej w studiu padły maszyny liczące. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz po wyjściu z kina czułem się tak, jak w piątkowy poranek - mentalnie zgwałcony przez wizualną padaczkę; bezsilny w obliczu monstrualnych rozmiarów chały; ogołocony bezpowrotnie z cennych minut i godzin. Nadal jestem wyzuty z myśli, wybaczcie więc lakoniczność tej notki. Zostaliście ostrzeżeni.

Dziękuję wrocławskiemu kinu "Helios" za zaproszenie na seans.


2 komentarze:

  1. ha, nie widziałeś "dwójki", to jest dopiero COŚ
    http://www.film.org.pl/prace/transformers2_esej.html

    OdpowiedzUsuń
  2. Wierzę! Nie jestem jednak pewien, szczególnie po lekturze Twojego tekstu, czy dojrzałem emocjonalnie do tak traumatycznego doświadczenia.

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga