poniedziałek, 18 lipca 2011

Jeśli wybiła północ, czym prędzej wyjdź z domu

Bo - jeśli wierzyć filmom o duchach - zmory i upiory czają się właśnie tam. Przed momentem w portalu Onet.pl ukazał się mój lajtowy artykuł, w którym zapisałem kilka luźnych uwag o nawiedzonych domach i innych przybytkach, gdzie grasują straszydła różnej maści. To jeszcze nie wszystko o horrorach w tym tygodniu, za kilka dni będzie nieco poważniej, ale wszystko w swoim czasie.

Czy boisz się ciemności?

Zmurszałe, przesiąknięte wilgocią piwniczne ściany, przylepiające się do twarzy pajęczyny, skrzypiące pod nogami deski, upiorne zawodzenie w środku nocy oraz blade, oświetlone przez księżyc obce twarze – to obraz nawiedzonego domu. Lubimy się bać!

I nic dziwnego, wszak tradycyjne, gotyckie powieści częstokroć umiejscawiały akcję w starych zamczyskach czy rozległych posiadłościach, a w ich czterech ścianach, wieżach i sekretnych przejściach czaił się duch zamordowanego właściciela czy niesłusznie skazanego na śmierć służącego.

Podobne wyobrażenie o nawiedzonym domostwie przyjęło i kino, z czasem oczywiście odpowiednio je przemeblowując, przemalowując ściany, stawiając przybudówki oraz zaludniając coraz to nowymi lokatorami. Bo gdyby spojrzeć teraz na „Obcego” Ridleya Scotta, z łatwością można odnaleźć ślady starych strachów sprzed wieków, tym razem jednak ubranych w kostium science-fiction. Ale załoga gwiezdnego promu terroryzowana przez kosmicznego stwora może wydawać się aż nazbyt skrajną wariacją na temat nawiedzonych domów, dlatego z okazji nadchodzącej premiery filmu „Naznaczony”, który sam udanie bawi się konwencją opowieści o duchach, w ramach przygotowań do seansu, warto sięgnąć po kilka innych filmów straszących wcale nie gorzej niż oślizły produkt wyobraźni Hansa Rudolfa Gigera, twórcy postaci Obcego.

Kto straszył naszych dziadków i ojców?

Dzisiaj, kiedy w kinach krew leje się hektolitrami, a efekt trójwymiarowości sprawia, że w stronę widzów co i rusz leci odcięta ręka czy noga, jeden marny duch to za mało, by porządnie wystraszyć spragnionego mocnych wrażeń delikwenta. O dziwo, przewidział to już przed pięćdziesięcioma laty William Castle, amerykański klasyk kina grozy, autor „Domu na nawiedzonym wzgórzu” (1959). Dlatego w jednym ze swoich filmów kazał krzątać się po rozległej posiadłości nawet nie dwóm czy czterem, ale aż trzynastu duchom. Jeden z jego flagowych hitów, właśnie „Trzynaście duchów” (1960), mieszał elementy komedii i horroru, bowiem zmory wymyślone przez reżysera częściej bywały groteskowe, niźli faktycznie przerażające – wystarczy wspomnieć chociażby płonącego kościotrupa czy widmowego lwa. Ale Castle dawał swoim duchom nawiedzać także i kinowe sale, słynął z organizowania interaktywnych seansów, by zapewnić widzom nowe doznania.

Dalszy ciąg w portalu Onet.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga