czwartek, 14 lipca 2011

Jack Ketchum. Kropka.

Krótko i na temat. Dzisiaj premiera książki Jacka Ketchuma "Jedyne dziecko", o której pisałem już w tym miejscu. Powieść naprawdę warto nabyć i przeczytać, a do tego wydanie polskie jest w pewien sposób wyjątkowe, bowiem udało mi się wyciągnąć od pisarza unikalne posłowie, w którym mówi o prawdziwych wydarzeniach będących bezpośrednią inspiracją dla książki. Przechodząc jednak do rzeczy - korzystając z okazji, chciałem przypomnieć krótki esej mojego autorstwa na temat powieści "Straceni", który pojawił się niegdyś tu i ówdzie i tym samym zachęcić do zapoznania się z twórczością tego wyjątkowego pisarza.


Kim są "Straceni"?

Rye Pye, bohater powieści Jacka Ketchuma „Straceni”, z pewnością jest nieodrodnym dzieckiem swoich czasów, co zdaje się potwierdzać geneza tytułu książki. "Straceni" to młodzi ludzie, których najlepsze lata życia przypadły na szóstą dekadę dwudziestego wieku, zdominowaną w Stanach Zjednoczonych przez niebezpieczne kontrasty. Z jednej strony trwająca w Wietnamie wojna, z drugiej hasła wolnej miłości, a gdzieś pośrodku tego wszystkiego - rodzina Charlesa Mansona w obłąkańczym, krwawym szale nadająca upiornego znaczenia "latu miłości". 

"Straceni", bo rozbici, opuszczeni, zwyczajnie znudzeni - nastolatkowie, którzy nie trafili na azjatycki front. W kontekście młodzieżowej rewolty i degrengolady politycznej, w erze, gdzie symbolem jest kwiat włożony w lufę karabinu, Ray Pye wydaje się nie mniej zagubiony niż pogardzani przez niego ludzie. Pełna kontrastów postać, której chcemy współczuć, lecz która się przed tym współczuciem wzbrania; mgliste odbicie nastoletniego łobuza w krzywym zwierciadle lat sześćdziesiątych. 

Oczywiście, jak to u Jacka Ketchuma, wszystko posunięte jest do skrajności, lecz nadal wygodnie mości się w granicach psychologicznego prawdopodobieństwa. Przecież nie mogło być inaczej, skoro "Straceni" ocierają się o "true crime", historię prawdziwych zbrodni, opartych na życiorysie Charlesa Schmida, seryjnego mordercy. Tak jak Pye w "Straconych", tak też i Schmid, dzięki przystojnej aparycji, podkreślonej jedynie delikatnym makijażem, cieszył się ogromnym powodzeniem u kobiet. Jedyny "defekt" w postaci niskiego wzrostu, obaj panowie, Pye i Schmid, korygowali w ten sam sposób - pakując sobie zgniecione puszki po piwie do kowbojskich butów. Nazwany później "efektem flecisty z Hamelin", urok obu mężczyzn pozwalał im zdobyć pełne zaufanie przyszłych ofiar.

"Straceni" nie są opowieścią o morderstwach, lecz o mordercy, a Ketchum doskonale orientuje się, na czym polega różnica. Z właściwą sobie finezją, korzystając ze znakomicie wykształconego zmysłu obserwacji, rozpisuje portrety psychologiczne wszystkich obecnych w powieści bohaterów, czyniąc z niej zarówno obyczajowy dramat policyjny, dokumentację nastrojów lat sześćdziesiątych, oraz specyficzny, bezkompromisowy rodzaj thrillera. Z pewnością książka Ketchuma zaskoczy odbiorców poprzednich powieści Amerykanina wydanych w naszych kraju, wszak jego słynna "Dziewczyna z sąsiedztwa" była wariacją na temat "Władcy much" Williama Goldinga, przemieszaną z urokiem kingowskiego "Ciała" i dawką bestialskiej przemocy, a "Poza sezonem" czerpała z dorobku najbrutalniejszych filmowych horrorów, powstałych po zniesieniu kodeksu Haysa w 1967 roku. 

Jack Ketchum to autor niezwykły, nietuzinkowy, nie wystarcza mu jedna gatunkowa nisza, do której z uporem maniaka próbuje się go wrzucić, żadna przylepiona etykietka nie odda w pełni talentu tego pisarza – kto wie, czy nie jednego z najważniejszych obecnie twórców prozy w Stanach Zjednoczonych. "Straceni" to jego najdojrzalsza książka, w której wyraża się esencja literatury firmowanej nazwiskiem Jack Ketchum – literatury boleśnie prawdziwej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga