piątek, 22 lipca 2011

Horror prawdę ci powie...

Kilka dni temu obiecałem, że będzie coś o horrorze. I jest. W portalu Zwierciadło.pl ukazał się właśnie mój tekst o prawdziwych historiach, które zainspirowały nierzadko niewiarygodne fabuły filmowe. Zachęcam do lektury i oddalam się czym prędzej, bo czekają Nowe Horyzonty, z których pierwsza relacja w poniedziałek.


Filmy grozy oglądamy zazwyczaj przy zawieszeniu niewiary, bo jakże wziąć na poważnie widmowe zjawy, psychopatów w fikuśnych wdziankach czy przerośnięte krokodyle-ludojady? I choć faktycznie lwia część horrorów to opowieści wyssane z palca, niektóre mają swoje korzenie w policyjnych kartotekach, gazetowych ploteczkach albo przekazywanych z ust do ust sąsiedzkich rewelacjach. Mimo że w procesie pisania scenariusza różne makabry stają się zazwyczaj jeszcze bardziej krwawe, historia źródłowa potrafi być nie mniej przerażająca...

Za maską z ludzkiej skóry

Przykładami nieco oczywistymi mogą wydawać się trzy słynne filmy oparte na jednej historii, choć zupełnie od siebie różne – „Psychoza”, „Milczenie owiec” i „Teksańska masakra piłą mechaniczną”. Mimo rozbieżności fabularnych, obrazy te mają wiele punktów stycznych, jeśli chodzi o kreację czarnych charakterów, i nic w tym dziwnego, bowiem zarówno Norman Bates, jak i Leatherface oraz Buffalo Bill wyrośli z biografii Eda Geina, psychopatycznego mordercy, który działał w latach pięćdziesiątych w stanie Wisconsin. Skazano go za jedno zabójstwo (choć sam przyznał się do dwóch), więc jego filmowi bracia mogą pochwalić się większym żniwem, lecz otoczka towarzysząca jego aresztowaniu mrozi krew w żyłach. Policjanci odkryli, że Gein uprawiał nekrofilski proceder i wykopywał z okolicznego cmentarza kobiece zwłoki, z których zdejmował skórę i wycinał niektóre organy. Z otrzymanych materiałów szył ubrania (a także abażury na lampy i obicia meblowe), w których chodził po domu. Psychiatrzy tłumaczyli potem jego zachowania chorobliwą obsesją na punkcie zmarłej matki oraz niezadowoleniem z własnej płci. Rzecz jasna Gein nie był jedynym mordercą, którego popkultura unieśmiertelniła, swoje filmy ma bodaj każdy ze słynniejszych psychopatów z amerykańskich kronik kryminalnych, lecz mało który stał się materiałem tak chętnie eksploatowanym przez kino jak Edward Theodore Gein.

Dalszy ciąg tekstu w portalu Zwierciadło.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga