sobota, 30 lipca 2011

Dowcip przebije każdy mur - wywiad z Terrym Gilliamem

Tak jest, udało nam się porozmawiać na Nowych Horyzontach z tym wspaniałym filmowcem. Piszę "nam" nie dlatego, że jestem megalomanem - wywiad przeprowadziłem w duecie z moim serdecznym kolegą, krytykiem filmowym Piotrem Czerkawskim. Mieliśmy okazję usiąść z Gilliamem przy kawie i pogadać o... zobaczcie sami.


Piotr Czerkawski, Bartosz Czartoryski: Perspektywa ponad 40 lat od premiery rzuca nowe światło na fenomen "Latającego Cyrku Monty Pythona". Czy zgodzi się pan, że wasz anarchistyczny, prowokacyjny humor był jednym z najważniejszych świadectw rewolucji obyczajowej lat 60.?

Terry Gilliam: Dobrze pamiętam okres, gdy w Stanach Zjednoczonych nieustannie odbywały się debaty na temat praw człowieka, na ulicach było widać mnóstwo hipisów, a wszędzie przewijały się nazwiska Kena Keseya, czy Huntera Thompsona. W momencie, gdy tworzyliśmy Monty Pythona ta atmosfera nie była już tak intensywna, ale rzeczywiście nasza działalność miała w sobie coś rewolucyjnego. Myślę, że byłem najbardziej radykalnym z Pythonów, bo w przeciwieństwie do moich kolegów przeżyłem burzliwe lata 60. w Ameryce. Miałem  przez to więcej powodów do buntu niż faceci, którzy dopiero co kończyli Oxford czy Cambridge. Oczywiście, wszyscy chcieliśmy stworzyć coś w rodzaju satyry społecznej i wesprzeć kształtujące się właśnie obyczajowe przemiany. Mieliśmy jednak świadomość, że epoka hipisowska zmierza ku końcowi.

Można więc powiedzieć, że Monty Python stanowił dla niej błyskotliwą puentę?

Dokładnie tak! To zabawne, bo nigdy nie dbaliśmy przecież o podsumowania naszych skeczy. Nie musieliśmy. Sami byliśmy jednym wielkim podsumowaniem.

Według popularnej metafory humor bardzo często bywa traktowany jako broń. Przeciwko czemu jej pan używa?

Wierzę, że humor może przebić właściwie każdy mur. Kiedyś byłem bardzo poważny, ale odkąd nabrałem do siebie dystansu, poczułem wielką ulgę.  Zorientowałem się, że humor pomaga  wydostać się z życiowej pułapki, wywraca świat do góry nogami i pozwala spojrzeć na niego z zupełnie nowej perspektywy. Jedyną rzeczą pozbawioną poczucia humoru wydaje mi się śmierć. Póki żyjemy, możemy się z niej śmiać, ale przecież i tak przyjdzie i zrobi swoje.

Zaczynał pan od tworzenia animacji, silną stroną pańskich filmów do dziś pozostaje warstwa plastyczna. Zastanawia nas, co artysta obdarzony tak oryginalną wrażliwością wizualną sądzi o współczesnych ekranizacjach komiksów.

Filmy powstające obecnie na podstawie komiksów w ogóle mnie nie interesują. Większość z nich bazuje na tych samych pomysłach i wyraża po prostu młodzieńcze fantazje na temat superbohaterów. Do tego dochodzi jeszcze kwestia hollywoodzkiego myślenia o kinie, które pozbawia materiał źródłowy resztek intrygujących elementów. Bardzo tego żałuję, bo przecież komiksy nie wymagają dużych nakładów finansowych i zapewniają swoim twórcom dużo wolności. Dzięki temu mogą być potężnym środkiem artystycznej ekspresji. Filmy o jakich rozmawiamy nie mają jednak takiego statusu. Być może kręci się ich po prostu zbyt dużo. Ekranizacje komiksów są istną obsesją Hollywood. Czekam na moment, gdy widzowie się znudzą i zwyczajnie powiedzą dość.

Dalszy ciąg wywiadu przeczytacie w portalu Onet.pl

2 komentarze:

  1. Bardzo trafnie ujął problem ekranizacji komiksowych. Podpisuje się pod tym rękami i nogami.

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdy już gadaliśmy na luzie, pojechał ostro po "Green Lantern" :-)

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga