czwartek, 7 lipca 2011

Dorosnąć do bohaterstwa

W swoim tekście o adaptacjach komiksowych, który opublikowano w czerwcowym "Kinie", pisałem, że widać tendencję do dalszego odrzucania podobnych Supermanowi postaci, rezygnacji z ubermenschów, z którymi widzowi trudno się identyfikować ze względu na ich nierzeczywistość (...) superbohaterów się uczłowiecza. I jako przykład rzeczonej tendencji podałem film "X-Men: Pierwsza klasa", w momencie pisania artykułu jeszcze mi nieznany. W ramach nadrabiania kinowych zaległości, nie mogłem więc odmówić sobie wizyty w kinie i sprawdzić, czy miałem rację. Okazało się, że jedynie połowicznie. A więc wchodzę w polemikę z samym sobą.


Zanim przejdę do rzeczy - okazało się, że trochę przestrzeliłem ze swoim optymizmem, miałem bowiem nadzieję, że zobaczę film obyczajowy o mutantach, choć właściwie nie było podstaw, by takowe oczekiwania w sobie pielęgnować. Nie oznacza to tym samym, że się zawiodłem, nic bardziej mylnego. "X-Men: Pierwsza klasa" posiada unikalny, urzekający retro klimat, który ma szansę pobić chyba jedynie nadchodzący "Kapitan Ameryka". Mnie uwiodły sceny podniebnych zmagań dobrych ze złymi, przywołujące na myśl skojarzenia ze starymi filmami o Supermenie, w których Christopher Reeve fotografowany był na tle przesuwającego się ekranu. Duetu McAvoy-Fassbender komplementował nie będę, zrobiła to już rzesza kolegów i koleżanek po fachu, wystarczy zajrzeć do którejkolwiek recenzji. Bardziej interesuje mnie to, że pomyliłem się w przypisaniu "X-Men: Pierwszej klasy" do fabuł, które uczą superbohaterów jak stać się ludźmi, zwykłymi szarakami. U Vaughna jest zupełnie odwrotnie, bo jego postaci dopiero aspirują do miana herosów i powoli zrywają z codziennością, która ma pozostać jedynie maską, kombinezonem ochronnym oddzielającym ich od zwykłego świata. Jest w tym pewna korespondencja z tematem poruszonym przez Vaughna w jego "Kick-Ass", choć tam była mowa o a.) niemożności zostania bohaterem; b.) powszechnej dostępności do bohaterstwa, o czym za chwilę. W nowych "X-Menach" nie ma wartości nabytych - aby odnieść jakikolwiek sukces, trzeba uwierzyć w zasadę ucz się ucz i tak dalej. Same umiejętności otrzymane przy narodzinach nie wystarczą, gdyż w szarej, miejskiej rzeczywistości nie sposób z nich nawet skorzystać, skazane są na powolne zatracenie, stają się bagażem, klątwą, a nie błogosławieństwem. Odwrotnie niż w "Kick-Ass", gdzie trzeba wręcz hamować swój szaleńczy pęd ku bohaterstwu, utożsamianemu z bezrozumną brawurą i niepotrzebnym ryzykiem. Z drugiej jednak strony każdy może kupić kostium na internetowej aukcji, wyjść na ulicę, zostać herosem ery Youtube i przy okazji dostać w mordę. Vaughan nakreślił świat pełen paradoksów, gdzie superbohaterstwo nie jest jednoznaczną ideą, zresztą tak samo było i w komiksowym pierwowzorze. Tym sposobem "Kick-Ass" stał się anty-komiksem, lecz w pozytywnym tego terminu znaczeniu. Biorąc szablon schematów fabularnych klasycznych dla historii znanych z Marvela i DC, przykłada go do mapy naszego, rzeczywistego świata, w którym komiks jest jedynie komiksem i nie można wyjść za jego obręb, co jednak główny bohater próbuje uczynić. Z różnym skutkiem. Komiks kończy się inaczej niż film, nie ma tam miejsca na happy end.  Bohater dostaje po głowie za to, że chciał być bohaterem. Ale czy inaczej kończy się "X-Men: Pierwsza klasa"? Mało komiksowy finał ma ta opowieść, nikt nie zwyciężył, wszyscy przegrali. Parafrazując znanego literata - to nie jest świat dla superbohaterów.

Film "X-Men: Pierwsza klasa" obejrzałem dzięki uprzejmości kina "Helios".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga