czwartek, 23 czerwca 2011

Your Movie Rocks! Rozmawiamy o "Super 8"

Na wstępie przepraszam za kilkutygodniową przerwę pomiędzy kolejnymi odcinkami  cyklu dyskusji o bieżących premierach kinowych, które prowadzę z Piotrem Plucińskim, krytykiem filmowym i dziennikarzem, autorem świetnych blogów Off The Record i Z górnej półki. Przedłużająca się pauza spowodowana była sprawami prywatnymi i zawodowymi, ale dzisiaj powracamy poniższą rozmową o "Super 8". Kto nie pamięta, o co w naszej chwalebnej inicjatywie chodzi, odsyłam do odpowiednich wpisów na blogu Piotra oraz moim.



BC: Piotrze, czy dzięki "Super 8" przeniosłeś się do kraju lat dziecinnych?

PP: Nie do końca. Abrams czerpie z młodzieżowej klasyki, ale różnica między nią a jego filmem jest taka, że właściwy kontekst kryje się gdzieś za przygodową powłoką samej opowieści. Dla mnie nie działa to na zasadzie nostalgicznego wspomnienia, a kontestacji.

BC: Kontestacji?

PP: Abrams korzysta z pewnej estetyki, ale jej nie hołduje. Wchodzi raczej w pewien dialog z formułą Spielberga. W jego filmie narodziny przygody są jednocześnie narodzinami dzisiejszego kina, próbą odszukania jego korzeni. Tak to widzę. Paradoksalnie, z tego powodu "Super 8" nie uruchamia we mnie żadnego dziecięcego mechanizmu. Jest tu jakaś kalkulacja, która każe mi patrzeć na jego film chłodnym, choć zdecydowanie przychylnym, okiem.

BC: A widzisz, ja z kolei myślę, że "Super 8" można potraktować jako hołd oddany kinu nowej przygody, ale nie hołd czołobitny, w swoim ukłonie Abrams nie dotyka ziemi nosem. I ta kalkulacja, o której mówisz, polegająca na świadomym wykorzystaniu spielbergowskich narzędzi, była nieodzowna, zamierzona. Nie wiało od niej chłodem, a właśnie nostalgią, choć pozbawioną smuty. Odnalazłem się podczas seansu tak samo, jak odnajduję się, oglądając dzisiaj "Goonies" czy "Stań przy mnie", bo, abstrahując od wspominanego przez Ciebie kontekstu, opowieść traktuje w gruncie rzeczy o tym samym, co wymienione filmy – przyjaźni i pędzie ku przygodzie. Dla mnie właściwym kontekstem "Super 8" jest właśnie sentyment, tam leży jego magia i... największa słabość.

PP: Dlaczego słabość?

BC: Bo zdaję sobie sprawę, że mój zachwyt nad filmem wynika z emocji, które we mnie budzi, emocji związanych z pierwszym seansem "Indiany Jonesa" i powieszeniem w swoim pokoju plakatu z Rambo. Dopuszczam możliwość, że patrzę na "Super 8" przez pryzmat własnego dzieciństwa i moja ocena nie jest trzeźwa, a ja jestem jak ten dziad, co wzdycha, że czasy już nie te. Dla mnie to swoisty wehikuł czasu, film, o którym chcę myśleć, że został zrobiony właśnie dla mnie, którego nie muszę poddawać analizie, tylko usiąść w fotelu i chłonąć. Może nabieram się na jakiś emocjonalny kidnaping, ale sęk w tym, że chcę się nabrać! Wsiąkłem, zdając sobie sprawę z tego, że jest w „Super 8” trochę kuglarstwa. Ale przecież nie każdy widz należy do naszego pokolenia i jego odbiór może być zupełnie odmienny. Dlatego mówię o słabości "Super 8", bo nie wiem, ile z tego filmu zostanie, jeśli odejmiesz osobisty kontekst (lubimy to słowo, co nie?). Czy jest w tym filmie coś dla dzisiejszych piętnastolatków?

PP: Faktycznie, dzisiejszym dzieciakom brak narzędzi do odebrania tego filmu na tym samym poziomie co nasze, "ejtisowe" pokolenie. „Super 8" działa na zasadzie odnośników, ale ja nie wierzę w takie powroty do dzieciństwa. Wolę myśleć, że film Abramsa prowokuje dzisiejszego mnie, niż sięga po tego sprzed lat. Tamta młodość, tamto kino i doznania są dla mnie nie do odzyskania, nie do podrobienia; w pewnym sensie są nietykalne. Wydaje się, że Abrams również ma tego świadomość – dlatego miast stawiać na sentyment, imitować zamierzchłe emocje, wzbogaca je o nowy kontekst. Efekt jest ciekawy: nawet przez chwilę nie poczułem, że to film o utraconej młodości, raczej uświadomiłem sobie, że ona wcale się jeszcze nie skończyła.

BC: Na mnie film zadziałał mocniej. Bo skoro Abrams potrafił spojrzeć na kino oczami dzieciaka, to czemu ja miałbym nie móc? Przypadek "Super 8" jest nieco inny niż ostatniego Indiany czy "Niezniszczalnych", choć premierze tych filmów również towarzyszyły ożywione dyskusje o wskrzeszaniu pewnych mitów. Otrzymaliśmy bowiem obraz, który ma zupełnie inne cele i założenia niż wyżej wymienione, nie przeprowadza jakieś rewizji gatunkowych schematów, skupia się na czystej przygodzie. Poza tym nie sądzisz, że ten nowy kontekst, o którym piszesz, również jest nieco hermetyczny i zarezerwowany dla tych, którzy przebiją się przez wierzchnią warstwę? Dla tych, którzy rozumieją tę ekscytację kinem, teraz już nieco starej, przygody?

PP: Czy nie rodzi się z tego jakaś przykra konkluzja? Wskrzeszanie tamtego kina, tamtej magii, jest o tyle chybione, że zadowala przede wszystkim nas, dwudziesto- i trzydziestoparolatków. Dzisiejsze pokolenie dojrzewa – przynajmniej jeśli chodzi o kino – w myśl zupełnie innych standardów niż my. Często gorszych.

BC: No cóż, kinowa przygoda nie wszystkim kojarzy się teraz z ogromnym rekinem, świetlnym mieczem i wampirami na motocyklach. Dlatego też mam opory przed krytyczną oceną „Super 8”, choć to zapewne mój zawodowy obowiązek. A jednak w tym przypadku – odmawiam!

Autor bloga dziękuje kinu "Helios" za zaproszenie na seans.



4 komentarze:

  1. Widzę, że wyciągnęliście wnioski po "Piratach";-)
    Jest ok.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki! Aż strach pomyśleć, co będzie się działo przy kolejnej rozmowie :]

    OdpowiedzUsuń
  3. Też uważam, że jest to o wiele fajniejsze do czytania, pomimo pozbawienia "dowcipnych wstawek".
    Tak trzymać i wciąż wyciągać wnioski.

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga