czwartek, 2 czerwca 2011

O dwóch takich, co nakręcili horror

Mimo że z horrorem jestem za pan brat, nigdy nie ciągnęło mnie do eksplorowania dorobku Jamesa Wana i Leigha Whannella. Zawsze miałem obu panów za gości, którym jako tako wyszedł jeden film i od tamtej pory zbijają bąki, czerpiąc kasę z tantiem. Po części miałem rację, bowiem na ciągnącej się w nieskończoność i brnącej w otchłań absurdu serii "Piła" duet W-W zapewne utrzymuje się do dzisiaj. A niedawno przekonałem się, że szkoda, iż na młodych maniaków krwi i flaków (rym zamierzony) patrzy się właśnie przez pryzmat tego nieszczęsnego cyklu, bo całkiem niedawno, w zeszłym roku, nakręcili wspólnie film o niebo lepszy, o którym już zresztą wspomniałem na blogu kilka tygodni temu.


Myślę o "Insidious", które klasyczną opowieść o nawiedzonym domu wywraca do góry nogami. Owszem, jest to dzieło bardzo niedoskonałe, wręcz chaotyczne, aż nazbyt gorączkowe i wypełnione naiwną, młodzieńczą fantazją, lecz frapujące. Otóż Wan i Whannell zastosowali przy okazji ghost story formułę sprawdzoną przy okazji pierwszej "Piły", opartą na nagłych woltach fabularnych i nierównomiernym rozłożeniu akcentów gatunkowych. Niby nic nowego, ale "Insidious" zrealizowano z wdziękiem, którego brak wielu współczesnym horrorom. Skrzypiące zawiasy i szeleszczące kołdry ustępują w pewnym miejscu komedii czerpiącej z "Pogromców Duchów", by przenieść się do świata okropieństw rodem z umysłu M. Nighta Shymalana. I tak "Insidious" staje się mroczną fantastyką, uosobieniem dziecinnych strachów, od których dreszcze mają przejść po plecach dorosłym - no i tak się właśnie dzieje! Wan i Whannell świetnie operują mechanizmami kina grozy, oprawiając autentyczny horror w ramkę wypaczonej baśniowości przedstawionej z niewinną wrażliwością dziecka zaglądającego przed snem pod łóżko. Żałuję więc, że nie udało im się pozbyć irytujących naleciałości formalnych wyniesionych z poprzednich filmów - symetrycznej kompozycji kadru (wina po stronie Wana-reżysera) i kompletnie zbędnego twistu w końcówce (odpowiedzialność ponosi Whannel-scenarzysta). Napisałem "filmów", a nie "filmu", bowiem pomiędzy "Piłą" a "Insidious" kolegom udało się zrealizować "Śmiertelną ciszę", średnio udany horror, który swój ładunek szokowy odpalić miał w feralnej, ostatniej minucie.


Obraz ten okazał się sromotną klęską finansową i szczęśliwie nie powstały żadne sequele, lecz prócz partactwa jest w nim coś, na co warto zwrócić uwagę - przywiązanie do staroświeckich strachów, wyciągniętych za fraki niby z filmu Williama Castle'a. A więc mamy staruchę wyskakującą zza firany i sunącą po podłodze, nie przebierając nogami, podczas gdy kamera ucieka w stronę widza. W odpowiednich chwilach narzuca się oglądającemu perspektywę pierwszoosobową, co jest doskonałym środkiem straszącym. "Śmiertelna cisza" ma więc swoje jaśniejsze momenty i jest pozycją obowiązkową dla tych, którzy mają zacięcie śledzić artystyczną ewolucję dwóch panów, którzy horror nakręcili.

Zainteresowanych tematem odsyłam do mojego tekstu "Kiedy metal rdzewieje", opublikowanego w miesięczniku "Kino" (12/2010), w którym omawiam pokrótce fenomen serii "Piła".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga